Kontrowersyjnie, Moim zdaniem

Marysia z za dużą pochwą, czyli o 500+ słów kilka.

Listopad 26, 2018

Jak wiesz lubię poruszać tematy tabu. Dziś okazało się, że program 500+ jest jednym z nich. Dlaczego? Może tę walkę o ciszę prowadzą osoby, którym tak naprawdę nie należy się ten zasiłek? Może to sposób na zamiatanie problemu pod dywan? Czy naprawdę leżenie i popijanie piwka za pieniądze podatników jest cool? I jak długo można tak żyć? 

 

Otóż wszystko wskazuje na to, że można! Mówią o tym statystyki. Wyobraź sobie, że według Instytutu Badań Strukturalnych (tak, wiem, nuda) z pracy zrezygnowało w 2016 roku 40-55 tys. kobiet objętych programem, natomiast rok później… drobnostka, bo kolejne 90 tysięcy! Jeśli wyczuwasz obrzydliwą ironię w słowie ‚drobnostka’ to intuicja Cię nie zawiodła. Jeśli natomiast tej ironii nie wyczułeś to odpuść sobie ten artykuł, bo od ironii zrobi się tu aż mokro, ślisko i wszystko będzie się kleiło.

 

Adekwatnie do wzrostu bezrobocia wzrastają oczywiście składki ZUS oraz inne, przeróżne opłaty dotyczące nas – zwykłych, szarych, zapracowanych podatników. Niemniej jednak, i tak to ja i Ty zostaniemy nazwani ‚urodzonym pod szczęśliwą gwiazdą’ lub ‚człowiekiem bez problemów i z pieniędzmi’ czy też ‚temu to się powodzi’. Ja na przykład urodziłam się instruktorką tańca. Dacie wiarę? Urodziłam się i już czekała na mnie licencja! Poważnie. Nie musiałam w tym kierunku robić zupełnie nic. Wcale nie zarywałam nocy, by się uczyć na egzaminy, bo ciężko było mi połączyć pasję z nauką. W ogóle nie chodziłam do szkoły tanecznej. Nawet jak miałam nogę w gipsie, mama mówiła, żebym sobie odpuściła treningi. No i odpuściłam. Odpuściłam wtedy, i przed gipsem, i po. Po prostu urodziłam się i zostałam trenerem. W gratisie dostałam jeszcze dobrze zdaną maturę i ostatnio przeglądając akt urodzenia natrafiłam na załączoną legitymację dietetyka. Dobrze się składa, bo akurat jakiś czas temu planowałam wrócić do sportu! Uff…

 

W wieku 16 lat dostałam swoje pierwsze grupy taneczne pod opiekę. Nie musiałam wtedy pracować, bo w domu niczego mi nie brakowało. Ale oprócz tego, że niczego mi nie brakowało, uczono mnie też, że jeśli sam nie zapracujesz, to nie będziesz miał. Pewnie fanatykom programu 500+ się to nie spodoba, ale taki właśnie powinien być zarys normalnego, podstawowego myślenia. Nie ‚daj’ i nie ‚należy mi się’. Tylko ‚zrób to’ i ‚zarób’. Tak więc od dziecka rodzice motywowali mnie do nauki, do pracy, pokazywali każdego dnia jak wygląda ciężka praca i jakie mogą być jej owoce. Uczyli mnie również, że porażka jest takim samym zjawiskiem jak i sukces, oraz tego jak ewentualnie się po niej podnieść. Ty dziś powiesz o mnie: ‚łatwo się jej mówi, taka młoda, a ma wszystko’. Ja w tym czasie siedzę, myślę, planuję, bo ciągle mi mało! Uważam, że stać mnie na jeszcze więcej, pragnę się rozwijać, szkolić, dzielić. I może to Cię zdziwi, ale uważam też, że jeśli mnie nie stać lub jeśli nie jest to odpowiedni czas na dziecko, to go nie robię. Mamy XXI wiek, antykoncepcja nie jest niczym nieosiągalnym. A jeśli chcesz robić to ‚po Bożemu’ z kalendarzykiem w dłoni, bo tak powiedział ksiądz, to idź później do niego po pieniążki na czynsz. Najpierw myślę, potem robię. Nigdy na odwrót. Dzięki temu uniknę w życiu użalania się nad tym, że nie stać mnie na żłobek, czy też nie mam z kim dziecka zostawić. 

 

500+. Ideą tego programu, gdy powstawał, z pewnością była pomoc potrzebującym. Wiadomo też, że problemem był niż demograficzny. Jednak w pewnym momencie ta piękna IDEA została zakopana. Zakopana na wysypisku śmieci, pod pierzyną ogromnej ilości folii i bepanthemu po masowym dziaraniu się i powiększaniu ust. Pod blokami brakuje tylko czerwonego dywanu i wybiegów mody, a niż demograficzny zamienił się w masowe robienie dzieci, niczym na taśmie produkcyjnej. Dla pieniędzy. Żeby tego było mało, mamusiom wtórują równie bezrobotni tatusiowe z piwkiem w ręku. Żeby nie daj Boże nie przekroczyć limitu i załapać się na wszystkie dobrodziejstwa socjalne, które daje tym piraniom Państwo. Pomocy potrzebują na pewno. Najlepiej psychologa. I to natychmiast.

 

A co z tymi naprawdę potrzebującymi? Bo to nie mi, być może i nawet nie Tobie, ale właśnie im nadal brakuje! Owszem, jest wiele rodzin, które w godny sposób korzystają z programu i chwała im za to! Niestety są i tacy, którym oczami zwykłego szarego człowieka pieniądze naprawdę by pomogły, jednak prawnie jest zupełnie inaczej! Mieli światełko w tunelu, które zgasło. Bo jedno dziecko, bo pracują, bo przekraczają średnie zarobki. W sumie racja, za to należy się Maryśce z 6 dzieci, która ostatnio zeznała, że nie żyje w związku z konkubentem, żeby przypadkiem na operację cycków wystarczyło od Państwa. A za miesiąc zabieg pomniejszania pochwy. To akurat się przyda po takiej ilości urodzonych dzieci. 

 

Mogłoby się wydawać, i to też jest mi zarzucane, że problem mnie nie dotyczy. I tu Cię zdziwię. To ja powinnam decydować na co idą moje pieniądze, które oddaję Państwu. I uwierz, na pewno nie byłaby to Marysia z za dużą pochwą. Przeznaczyłabym je dla prawdziwej, potrzebującej rodziny. Dla dziecka, którego rodziców nie stać na płacenie za jego pasje. Dla dziecka, bądź rodzica z niepełnosprawnością. Bo to oni są najbardziej poszkodowani przez to całe zamieszanie. I pomimo tego są najsilniejsi. Silniejsi niż ja, czy Ty. Każdego dnia walczą o siebie i najbliższych. Ciężką pracą, poświęceniami i własnoręcznie zarobionymi pieniędzmi. 

 

Morał z tej bajki jest taki, że Marysia z za dużą pochwą mogłaby brać z nich przykład, a my musimy liczyć, że wkrótce ustawa się przeobrazi i zmieni swoich docelowych odbiorców… 😉

 

Wasza M. 🙂

Kontrowersyjnie, Moim zdaniem

Zerwałam z nim.

Listopad 7, 2018

Wstaję rano, przecieram oczy, sięgam ręką po telefon, odpalam Facebooka. Wiem, że to nic dobrego. Niejeden nazwałby to pewnie uzależnieniem. Ale wiem też, że moje bywanie w social mediach, po części ze względu na pracę, to nic w porównaniu do tego, co dziś odczujecie czytając ten post…

 

Wróćmy do tematu. Odpalam Facebooka. Dziś Kasia zerwała z Bogdanem. Albo on z nią, nie wiem. W każdym razie nie są ze sobą. Szkoda, wydawało się, że są ze sobą szczęśliwi. A przynajmniej ona tak zaznaczyła trzy dni temu na Facebooku. No to chyba była szczęśliwa, nie? Przecież dopiero co oświadczył się jej w Walentynki! Zresztą na pomysł zaręczyn w Walentynki wpadł jeszcze Mateusz, Krzysiek, Janek, Dawid, Karol, Patryk, Robert, Przemek, Darek, Łukasz, Norbert. Cóż za oryginalność i ponadczasowość! Zaręczyny w Walentynki? Nie spodziewałabym się. Aż nie wiem którym znajomym gratulować najpierw. Wracając do naszych zakochanych par. Łukasz z Żanetą już trzy razy od tamtej pory się rozstali, a Dawid z Sandrą nie dali nam pominąć swojego #coupleshow i wyzywali się na Facebooku od ch*jów i ku*ew. I pomyśleć, że za kilka miesięcy urodzi im się mała dzidzia, a na ostatniej sesji brzuszkowej wyglądali na zakochanych po uszy!

 

No nic, przewijam dalej. Marta i Zosia nadal się nie pogodziły. Zosia chyba woli zatrzymać wszystko dla siebie, ale Marta nadrabia. Zaraz po kłótni oznaczyła się jako zawiedziona. Jestem ciekawa jak wyglądała pisząc ten post. Bo jeśli tak, jak emotikonka przypisana do tej emocji to naprawdę musiało być źle… dziwię się, że w ogóle dała radę napisać tego posta! Niezła drama! Potem kolejno pojawiały się cytaty o końcu przyjaźni, o tym, że prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie, że życie uczy, że jakieś tam zasady, że pokrzywdzona, że niewinna. I tak od dwóch miesięcy. Wywnioskować można, że Zosia to kawał szmaty. Apropo Zosi – ona nadal milczy… mogła przynajmniej oznaczyć, że jest milcząca, czy coś, może wtedy Marta nie byłaby aż tak bardzo zawiedziona? A może Zosia po prostu zapomniała hasła do Facebooka? Biedna Marta, chyba sobie z tym nie radzi. Ale żeby tak od razu wojnę z samą sobą prowadzić? Ma to sens?

 

Scroll, scroll. Wybory na dowodzących miastami i wioskami. Facebook rozgrzany do czerwoności. Oho, będzie się działo. Poprawiam kołdrę, przyjmuję wygodną pozycję i otwieram komentarze pod jednym z artykułów. Pan Józek, 60 lat, wieś Za Siedmioma Zakrętami, zdjęcie profilowe ze ślicznymi wnuczkami, generalnie dziadek ideał, wyzywa od POwskich debilek Panią Anię, z Wrocławia, lat 25. Jak ona tak może! Nie dość, że debilka, to jeszcze gówniara, a na dodatek za PO! Magia Facebooka. Parę komentarzy niżej widzę babulkę ode mnie z miasta, która w sobotę chodzi na niedzielną mszę, a w niedzielę odbębnia w kościele modlitwy za swojego syna, który ostatnio kogoś zgwałcił i odsiaduje wyrok. Gdzie ona była jak trzeba było wychować gówniarza. A no tak… w Kościele! Albo z sąsiadką obgadywała tą z klatki obok, bo przecież ta rozwiodła się z facetem. A więc ta sama babulka, która dopiero co przekazywała sobie z kimś znak pokoju, rzuca obelgami w parę lat starszą od siebie kobiecinę. Stawiam flaszkę, że gdyby to była kłótnia twarzą w twarz to skończyłaby się na SORze. I to wszystko z powodu wyborów? Strach pomyśleć co będzie się działo, gdy będziemy wybierać prezydenta…

 

Całkiem niezły przypływ informacji, co? A to dopiero kilka minut. Kilka minut żali, nerwów, zawiści. Kilka minut, kilku pionków w grze Facebook. Grze, w której w pewnym momencie została zatracona jakakolwiek kontrola. Z pewnego rodzaju rozrywki niektórzy przeszli w stan, w którym brak taktu lub jakiekolwiek kultury. Kiedyś trzeba było umówić się z kimś na butelkę wina i wypłakać wszystkie żale w zakątku domowego ogniska. Dziś wystarczy wejść na Facebooka, żeby sprawdzić kto jest z kim i kto jest kim. Zapamiętaj jednak, że Facebook nie jest Twoim przyjacielem. Przyjacielem jest nie ten, który napisze Ci wiadomość na Messangerze, gdy masz wyłączony telefon. Przyjacielem jest ten, którego zmartwi Twój wyłączony telefon i przyjdzie zapukać do Twoich drzwi.

 

Wasza M. 🙂

Moim zdaniem, Podróże

Jestem gwiazdą!

Wrzesień 20, 2018

Peniche. Ciężko będzie mi opisać to miejsce. Szczerze? Na pierwszy rzut oka – wioska zabita dechami. Dotarłam do niej późnym popołudniem. Po drodze mignęła mi może dwójka ludzi. Był to przystanek pomiędzy Lizboną a Porto. Nocleg, w przystępnej cenie, zarezerwowałam przez Internet. W opisie skusiła mnie odległość hotelu do Oceanu. Dość blisko, bo aż po drugiej stronie ulicy. Kto z nas nie marzy o tym, by rano wyjść nago na taras i zobaczyć przed sobą ogromne wody Oceanu. Scena niczym z prawdziwego amerykańskiego filmu. A że taka trochę ze mnie gwiazdka, nie mogłam sobie pozwolić na to, by ominął mnie taki widok!

Na miejscu okazało się, że tarasu nie było, tak więc jaka gwiazdka taki taras… a pokój usytuowany był w stronę innego budynku. Całe szczęście, że Ocean był na swoim miejscu. Właściciel obiektu zgodny z opinią recenzujących – gościnny, otwarty, pomocny. I przede wszystkim godny zaufania. Skąd ta pewność? Wiem, co mówię. Nie rzucam słów na wiatr. Po drodze, gdy zorientowałam się, że jedziemy do wioski surferów, w tajemnicy skontaktowałam się z właścicielem i wykupiłam lekcję surfowania dla swojego lubego. Było to jedno z jego marzeń. A wiecie jak jest z marzeniami. Natłok pracy i obowiązków sprawia, że bardzo często musimy je przekładać na następny dzień. Co w efekcie oznacza rok lub 10 lat później. Teraz już nie było odwrotu. Musiał spróbować. O akcji niespodzianka miałam powiedzieć dopiero przy kolacji, na którą wybraliśmy się tego wieczoru. Radość była ogromna, ale widziałam też delikatne obawy – wiecie jak to facet, od razu chciałby być mistrzem surfingu.

Podczas spaceru uznałam, że Peniche jest jednak jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi.

Mała wioska rybacka, nocą oświetlona milionami żaróweczek, zupełnie jakby zawsze były tam święta. Setki straganów z pamiątkami, pączkami, bezami, watą cukrową, hamburgerami (tu zaczęłam żałować, że pół godziny wcześniej zjadłam rybę o nieznanej mi nazwie). Generalnie byłam bliska płaczu, zaczęłam prosić chłopaka byśmy zamieszkali w tej wiosce. Jeszcze mocniej zakochałam się w tym miejscu następnego dnia rano. Faceta wysłałam na kurs surfowania, a sama usiadłam na plaży i cieszyłam się chwilą. Później też się cieszyłam, ale widokiem mojego faceta na desce. Możecie wierzyć lub nie, ale on naprawdę był w tym dobry. Instruktorzy próbowali namówić mnie, bym też spróbowała. Ale jak wiadomo – ja najpewniej czuję się na lądzie. Fale w Oceanie są niemałe, do tego perspektywa spadającej mi na głowę deski… nie, to nie dla mnie. Zdecydowanie bardziej pasowała mi rola cheerleaderki, dopingującej swojego faceta na pewnym gruncie.

Z Peniche trzeba było wyciągać mnie siłą. Byłam gotowa zostać tam na zawsze, z tą jedną torbą pod ręką, bez większych środków do życia. Za poleceniem właściciela hotelu po drodze do Porto zahaczyliśmy o Baleal oraz zamek w Obidos. Stety, niestety, Baleal okazało się kolejnym pięknym miejscem, z jeszcze piękniejszymi widokami i naturalnością. Było ją czuć wszędzie. Ludzie wyglądali na szczęśliwych, zrelaksowanych, nikt nie pędził na złamanie karku. Na plażach roiło się od przystojnych surferów z włosami jasnymi od promieni słońca. Przy nich przepiękne, naturalne, wysportowane kobiety. Trochę im zazdrościłam, że mogą tu zostać dłużej niż ja. Obiad zjedliśmy w małej restauracyjce, którą polecała każda internetowa strona czy aplikacja. Jeszcze nigdy w życiu nie smakował mi tak karczek z ryżem. Słowo daję! Zaserwowali nam najzwyklejsze danie dnia, którego smaku może pozazdrościć większość knajp, w których jadłam. A trochę tego było! Zapamiętajcie sobie, żeby odwiedzić Taberna de Ganhao, gdy będziecie w tamtych rejonach. Wasze kubki smakowe zwariują!    

Ostatnim przystankiem było Porto. Obowiązek, by odwiedzić je będąc w Portugalii. Nie należy jednak do miejsc, które ponownie chciałabym odwiedzić. Poza dużą ilością ogromnych mostów i kilku niezłych widoków, miasto przesiąknięte jest nastawieniem na turystów i wyciągnięciem od nich ostatniej złotówki. A raczej ostatniego euro. Tak, wiem. Napiszecie mi, że to samo dzieje się w wielu innych miejscach. Nie, nie dzieje się. Jest drogo, a to sprawia, że jest nijak! Moim celem było zjedzenie dobrego hamburgera (tak, wiem – jaka gwiazda, taki cel). Swoją drogą chyba zacznę zaznaczać na mapie miejsca na świecie, w których jadłam hamburgera. Hamburger jednam okazał się równie nijaki jak całe miasto. Całe szczęście, że napiłam się kieliszek Porto. To na chwilę delikatnie mnie otumaniło i byłam gotowa szukać jakiegoś klubu, żeby iść potańczyć. Na szczęście w miarę szybko wytrzeźwiałam. I zamiast do klubu skierowałam się do Jardins de Palácio de Cristal. Muszę przyznać, że miejsce robi wrażenie. Roślinność, fontanny, cisza i spokój. Chyba się starzeję. Trafiliśmy akurat na zachód słońca, przez co miejsce to zyskało podwójnie na mojej ocenie.

Każda przygoda kiedyś się kończy. Moja w Portugalii też dobiegła końca. Mam nadzieję, że chociaż trochę poczuliście się, jakbyście brali udział w wycieczce ze mną. Gdzie wybiorę się następnym razem?

Wasza M. 😉