Kontrowersyjnie, Uroda

Basen przegryzłam hamburgerem.

Kwiecień 2, 2018

Piękne sylwetki, wyrzeźbione ciała, perfekcyjna obsługa photoshopa. Wszystko to ryje Wam beret każdego dnia, gdy otwieracie Instagrama, Facebooka czy kolejną gazetkę młodzieżową. Popadacie w kompleksy tylko dlatego, że nie posiadacie odpowiedniego programu do obróbki zdjęć lub ktoś Wam nie pokazał jak zaczynał. Każdy śpiewa o motywacji, o uśmiechu, nikt nawet nie wspomni o kolejnym dniu męczarni na diecie, o dniach, w których miałby ochotę wydłubać oczy pierwszej napotkanej osobie, o kontuzjach. Cisza. Opowiedzieć Wam jak to wyglądało (i zapewne nie tylko) u mnie? Jak baba babie, czy jak baba chłopowi? Usiądźcie wygodnie…

 

Dzień pierwszy. Przekładany oczywiście od jakiegoś czasu. Mało kto chyba wziął się za siebie dokładnie tego dnia, o którym mówił od miesiąca. To nawet nie jest następny poniedziałek. To taki pierwszy czterdziesty szósty dzień. Od samego rana latam w skowronkach, w myślach mam wagę, która idzie w dół i siebie w bikini na plaży – oczywiście w wydaniu mega HOT. A jak! 😉 na czczo biegnę na basen. Na początek 20 basenów. Czuję się jak debil przy moim facecie, który przepływa 100 czy 200 basenów bez zająknięcia. No ale przecież od czegoś trzeba zacząć. Z każdym dniem będzie tylko lepiej. Pływanie to sport raczej niekontuzyjny. Jedynie można się utopić przy zderzeniu z drugą osobą na torze. Przesadziłam, z drugą nie. Ale jak jest ich już więcej to uwierzcie jest takie prawdopodobieństwo! Przekonałam się o tym na własnej skórze. Haha. I właśnie to mnie zraziło. Basen, na który chodziłam był po prostu wypełniony po brzegi. Zamiast od rana relaksować się i dążyć do wymarzonej sylwetki, wychodziłam z wody wk**wiona. Miałam ochotę wszystkich podtopić. Jestem pewna, że kilka osób nawet „zabiłam” wzrokiem. Tak zakończyła się moja przygoda z basenem. Tak właściwie zakończyła się na chwilę moja przygoda z odchudzaniem. Jak to ja. Zbuntowałam się i zrobiłam na złość. Nie wiem tylko komu bardziej. Basenowi? Ludziom na basenie? Czy sobie?

 

Jestem babą, więc złość, smutek i ogólne złe samopoczucie zagryzłam przepysznym hamburgerem z podwójną ilością sera, bekonem, sosem BBQ i wszystkimi dodatkami jakie można by sobie tylko wymarzyć. Trudno jestem jaka jestem. Wyglądam, jak wyglądam. Mój facet mnie kocha. Więc pytam: po co? Po co to wszystko? Jestem zabawna, uczynna, jak mi się chce to nawet sympatyczna. Ludzie powinni mnie kochać (lub jak kto woli – nienawidzieć) za to jaka jestem, a nie za to jak wyglądam. Kilka dni wystarczyło mi na to, by zrozumieć, że nie chodzi o ludzi, nie chodzi o faceta, chodzi o MNIE. To ja chcę wrócić do dawnej wysportowanej sylwetki, to ja chcę mieć hobby związane ze sportem – jak kiedyś. Ale! Nigdy w życiu basenu! A przynajmniej takiego zaludnionego. Musiałam znaleźć jakiś punkt wyjścia. Ćwiczenia w domu odpadają. Przynajmniej na początku. Nie wierzę ani jednej osobie, która chce się pozbyć kilogramów, i twierdzi że na początku, UWAGA – potrenuje w domu. Bzdura! Jeśli nie chce Ci się ruszyć dupy do ćwiczeń poza domem, w życiu nie ruszysz jej w domu. Zawsze coś odwiedzie Twoją uwagę. A wychodząc z domu masz CEL. Po drodze na siłownię nie wjedziesz przecież nagle na pocztę wysłać pocztówki.

 

Bieganie! Zawsze to lubiłam. Siostra biegała na zawodach na krótkie dystanse, ja na długie. Nigdy jednak nie poszłam w tę stronę, bo wydawało mi się to zbyt nudne. Taniec zdecydowanie bardziej mnie kręcił. Ale szanuję osoby, które pasjonują się bieganiem! Żeby nie było. Bieganie jednak wydawało się być dobrym rozwiązaniem do rozpoczęcia na nowo swojej kariery #fitgirl. Zaczęłam od biegania po twardym gruncie. Po kilku dniach dostałam tak mocnych bólów głowy, że szybko sobie odpuściłam. Kręgosłup totalnie mi siadał. Przerzuciłam się na bieżnię. Zauważyłam, że idę w dobrą stronę. Były pierwsze efekty, waga ruszyła… w dół rzecz jasna! Startowałam od 20 minut biegu. Powtarzam BIEGU! Nie marszu. Pomaszerować to ja sobie mogę po domu. Stopniowo zwiększyłam wysiłek do 40 minut. Ostatnie 10 minut szybkiego marszu na przemian z szybkim biegiem. Schodziłam z bieżni cała mokra i zadowolona.

 

Czasami jednak nie schodziłam w ogóle z bieżni. Dlatego, że nawet się na niej nie pojawiałam. Bo mi się nie chce, bo jeszcze minutka snu, bo należy mi się dzień wolnego, bo dziś nie mam humoru, bo chcę jednak być gruba, bo może wcale aż taka gruba nie jestem, bo mam w dupie lato, bo mam w dupie bikini, bo jestem jaka jestem. Bycie babą męczyło czasami nawet mnie! Uwierzcie! Muszę się Wam pochwalić, że nawet kilkukrotnie udało mi się nie wypuścić na siłownie mojego faceta, ha! A to jest dopiero wyczyn. Dla niego dzień musi rozpoczynać się na sportowo. Ale wiecie, użyłam swojego kobiecego uroku, maślane oczy, smyranie i te sprawy. I ufff, znowu się udało – nie trzeba iść na siłownię!

 

Po jednym z takich „nietreningowych” dni, budzę się, ubieram, dumnie jadę przez miasto, by pobiegać trochę na bieżni. Zamknięte. Święto. K**wa. Przecież JA dziś, właśnie dziś CHCĘ! Wracam do domu. Oczywiście wściekła. Gdzieś muszę wyładować tę siłę nieczystą, bo przecież znowu oberwie się niewinnej osobie, czyt. facetowi. Postanowione – robię trening w domu. Szybko na telefonie podglądam ćwiczenia Lewandowskiej. Fajna babka, taka zawsze uśmiechnięta, z twarzy bije dobra energia. Przypomina mi mnie zanim się zepsułam. Prowadziłam zawsze zajęcia w tak pozytywny sposób, że uwielbiały mnie i kilkuletnie dzieciaki, i starsze ode mnie osoby. Każdego traktowałam jak kumpla. Wracając do tematu. Odsuwam stół, wykonuję kilka ćwiczeń na nogi i brzuch, powtarzam, i tak w kółko. Facet wchodzi do pokoju, śmieje się, że pocałowałam klamkę na siłowni. Dobrze, że już wyładowałam złą energię podczas ćwiczeń, bo za to śmianie się ze mnie pewnie i jemu by się oberwało. Z czasem ćwiczenie w domu stało się przyjemnością. Często, gdy nie mamy czasu jechać na siłownię, bo wydzwaniają za nami z pracy, wstajemy, robimy wspólnie 30 minut treningu w domu i wio! Do roboty!

 

Poprzez przejście wszystkich przeciwności losu, wreszcie nauczyłam się sumienności, rzetelności. Wtedy pojawiła się ONA. Wyglądała niewinnie, przyszła znikąd. Szanowna Pani Kontuzja. Przywitałam ją miłym : spi***alaj i niewiele myśląc wybrałam się na bieżnię. Po zejściu z bieżni ostatnie kroki wykonałam w stronę samochodu. Naderwane mięśnie uda. Przymusowe wolne. Ile bym dała wtedy, by móc trochę pobiegać, albo chociaż zrobić kilka przysiadów. Typowa baba. Mogła to nie chciała. Chce to nie może. Zdrowie jest jednak najważniejsze, zwłaszcza regeneracja. Postawiłam na odpoczynek. Po kilku dniach wróciłam. Delikatnie się rozgrzewałam, stopniowo zwiększałam obciążenia. Czego nauczyła mnie kontuzja? Że przetrenowanie nie niesie ze sobą żadnych pozytywnych skutków.

 

Dziś nie wyobrażam sobie dnia bez treningu. Ostatnie 2 miesiące trenuję w zgodzie z całą sobą i schudłam „zdrowe” 5kg. Ważyłam 64-65kg przy wzroście 166cm. Aktualnie waga pokazuje 59kg. Do wymarzonej wagi brakuje mi 2-3kg. Ale droga do tego stanu nie była łatwa. Zanim pojawił się uśmiech, zadowolenie i motywacja, uwierzcie, minęło sporo czasu. Na początku nie widzisz żadnych efektów, a przecież Twoja głowa liczy na nie już po pierwszych dwóch dniach trenowania. Jesteś więc zawiedziony i się poddajesz. Jesteśmy tylko ludźmi, nikt z nas nie urodził się z kaloryferem na brzuchu, czy kondycją olimpijczyka. Nie jestem trenerem personalnym. Ciężko zresztą w dzisiejszych czasach stwierdzić kto nim jest. Ostatnio boję się nawet, że gdy otworzę lodówkę rano, to pomidor zmieni nazwę na @tomato_personalny. Nie będę Wam układać diet, ani treningów – zostawię to prawdziwym specjalistom. Ja wykonuję te ćwiczenia, które mi służą. Jeśli poświęcisz chwilkę swojemu organizmowi, sam znajdziesz idealne wyjście dla siebie. Napiszę na zachętę tylko tyle… Za przeproszeniem, jeśli potrafisz nauczyć psa, że nie sra się w domu, nauczysz też siebie, że jest czas na trening. Gorzej jak nie potrafisz wychować nawet psiaka… 😉

 

Wasza M. 😉

Moda

WZIĘŁAM JE NA PLAŻĘ…

Marzec 27, 2018

Mój odwieczny problem. Czapki i okulary. Znacie to? Wydaje mi się, że zawsze wyglądam źle. Zawsze coś jest nie tak. Tu odstaje, tam ściska. Te zbyt okrągłe, a tamte trochę zbyt kanciaste. Wszystkie łączy jedno – spadają z mojego malutkiego nosa. Co do czapek – ta ma za duży bąbel, a ta za mały. Ta jest zbyt ekstrawagancka, a inna zbyt prosta. I tak rok w rok. Bez wyjątku! Przysięgam!

 

 

Bez wyjątku. Aż do teraz. Jakiś czas temu, spacerując po Krakowskim rynku i okolicznych uliczkach, razem ze szwagierką trafiłyśmy na sklep z okularami przeciwsłonecznymi. Jako, że była jeszcze sroga zima, a człowiek o słońcu mógł tylko pomarzyć, totalnie nie nastawiałyśmy się na zakup. Ale! Zaryzykowałyśmy i weszłyśmy do środka. W końcu kto biednemu zabroni przymierzać markowe okulary! Ha! Na wejściu okazało się jednak, że ceny są przystępne, a przemiłe Panie zapewniały, że na pewno znajdziemy coś dla siebie, ponieważ mają ogromny wybór. No dobra, raz kozie śmierć! Zostałam miło zaskoczona ilością i jakością okularów. Szczerze mówiąc bałam się, że to kolejny butik z „oridżinalnymi” okularami w mega promocyjnej cenie. Dobrze wiecie o czym mówię. Uff, na szczęście się myliłam! Trafiłam w dobre miejsce.

 

 

Miłe Panie zadały kilka pytań odnośnie naszych ulubionych typów okularów i przeszłyśmy do przymiarek. Nie było łatwo, oj nie było! Przymierzyłam chyba ze sto par. Nie. Nie chyba. Na pewno! Na końcu wytypowałam 5 najlepszych i przeszłam do wyboru. O dziwo! Udało się! Znalazłam okulary idealnie dopasowane do mojego małego noska, specyficznego ustawienia oczu i brwi, i kształtu twarzy. Tyle lat wydawałam po 20zł na ulicznych straganach tylko po to, by po dwóch dniach okulary lądowały w koszu. Aż wreszcie spełniłam swoje marzenie o klasycznych, uniwersalnych okularach! Szczerze mówiąc nie patrzyłam nawet na cenę! Byłam zdecydowana jak nigdy dotąd. Zostałam właścicielką pięknych Dolce&Gabbana!(link do nich znajdziecie KLIKAJĄC TU) Mało tego. Gdy w przyszłości zdecyduję się na okulary korekcyjne, bo znudzą mnie soczewki, zapewne ponownie wybiorę się do salonu optycznego Aurum.

 

Jest tylko jeden mały problem… nadal nie mam czapki! Haha!

Kontrowersyjnie, Moim zdaniem

Ten post będzie reklamą!

Luty 27, 2018

Tak, wszystko się zgadza. I wcale nie pomyliłam się pisząc tytuł. A Ty poświęć mi proszę swoje 2 minuty, ponieważ dokładnie tyle zajmie Ci przeczytanie tego posta, a być może akurat Tobie uda mi się pomóc!

 

Czy nie warto raz na jakiś czas usiąść, gdy dookoła nas wszyscy biegną? Czy nie warto zastanowić się nad swoim trybem życia? Zazwyczaj swój stan zdrowia odkładamy na koniec, później przekładamy go jeszcze dalej, i tak w kółko. Bo praca, bo szkoła, bo obowiązki. Gdy coś nam dolega – jemy tabletkę, dwie, dziesięć. Przecież przestaje boleć. No tak, ale to, że przestało wcale nie oznacza, że problem zniknął. Jest wręcz przeciwnie, sprawa tylko się pogarsza. Ale tego również nie zauważamy, bo biegniemy dalej.

 

A co powiesz na to, by w przerwie od pracy czy szkoły, gdy wracasz autobusem do domu i masz chwilkę by pobuszować w internecie (nie oszukujmy się – na to zawsze znajdujesz czas), nie wchodzić na portale plotkarskie, nie zazdrościć czym chwali się Zośka na Facebooku, nie robić testów jakiej płci będzie Twoje dziecko lub jak wyglądałbyś jako płeć przeciwna – tylko zrobić coś dla siebie i… zbadać się.

 

Taaak, wiem. Na samą myśl o badaniach wyobrażamy sobie tłumy w przychodniach, tabuny starszych pań, od lat zresztą tych samych i w tej samej kolejce; niemiłe recepcjonistki, itd., itd. Znam to. Chyba każdy to zna. Ale ja mam dla Was inną propozycję. Jakiś czas temu powstał pierwszy sklep internetowy, za pośrednictwem którego możemy wykupić konsultację z wybranym specjalistą i rożnego rodzaju usługi medyczne. Wystarczy, że wejdziesz na stronę www.badamysie.pl, wybierzesz sobie pakiet badań, który Cię interesuje i GOTOWE! Nie martw się, firma działa na terenie całej Polski, ceny są przystępne, a jeśli zdecydujesz się na badania do końca marca, dostaniesz ode mnie dodatkowo 12% rabatu na hasło : magda.pyznar .

 

Zakres badań jest naprawdę ogromny: od pakietów dla kobiet, z podziałem na te, które są już w ciąży, jak i te, które dopiero ją planują, poprzez pakiety dla dzieci, mężczyzn, sportowców, sercowców, osób z problemem tarczycy i wiele, wiele innych.

 

Potraktujesz ten wpis jak chcesz. Możesz o nim zapomnieć, możesz napisać, że jestem chodzącą reklamą, możesz również zastanowić się kiedy Ty ostatnio zrobiłeś sobie prezent. Nie w postaci ubrania, nowego telefonu. Prezent w postaci zdrowia. 😉

 

Wasza M. 😉