Moim zdaniem, Podróże

Jestem gwiazdą!

Wrzesień 20, 2018

Peniche. Ciężko będzie mi opisać to miejsce. Szczerze? Na pierwszy rzut oka – wioska zabita dechami. Dotarłam do niej późnym popołudniem. Po drodze mignęła mi może dwójka ludzi. Był to przystanek pomiędzy Lizboną a Porto. Nocleg, w przystępnej cenie, zarezerwowałam przez Internet. W opisie skusiła mnie odległość hotelu do Oceanu. Dość blisko, bo aż po drugiej stronie ulicy. Kto z nas nie marzy o tym, by rano wyjść nago na taras i zobaczyć przed sobą ogromne wody Oceanu. Scena niczym z prawdziwego amerykańskiego filmu. A że taka trochę ze mnie gwiazdka, nie mogłam sobie pozwolić na to, by ominął mnie taki widok!

Na miejscu okazało się, że tarasu nie było, tak więc jaka gwiazdka taki taras… a pokój usytuowany był w stronę innego budynku. Całe szczęście, że Ocean był na swoim miejscu. Właściciel obiektu zgodny z opinią recenzujących – gościnny, otwarty, pomocny. I przede wszystkim godny zaufania. Skąd ta pewność? Wiem, co mówię. Nie rzucam słów na wiatr. Po drodze, gdy zorientowałam się, że jedziemy do wioski surferów, w tajemnicy skontaktowałam się z właścicielem i wykupiłam lekcję surfowania dla swojego lubego. Było to jedno z jego marzeń. A wiecie jak jest z marzeniami. Natłok pracy i obowiązków sprawia, że bardzo często musimy je przekładać na następny dzień. Co w efekcie oznacza rok lub 10 lat później. Teraz już nie było odwrotu. Musiał spróbować. O akcji niespodzianka miałam powiedzieć dopiero przy kolacji, na którą wybraliśmy się tego wieczoru. Radość była ogromna, ale widziałam też delikatne obawy – wiecie jak to facet, od razu chciałby być mistrzem surfingu.

Podczas spaceru uznałam, że Peniche jest jednak jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi.

Mała wioska rybacka, nocą oświetlona milionami żaróweczek, zupełnie jakby zawsze były tam święta. Setki straganów z pamiątkami, pączkami, bezami, watą cukrową, hamburgerami (tu zaczęłam żałować, że pół godziny wcześniej zjadłam rybę o nieznanej mi nazwie). Generalnie byłam bliska płaczu, zaczęłam prosić chłopaka byśmy zamieszkali w tej wiosce. Jeszcze mocniej zakochałam się w tym miejscu następnego dnia rano. Faceta wysłałam na kurs surfowania, a sama usiadłam na plaży i cieszyłam się chwilą. Później też się cieszyłam, ale widokiem mojego faceta na desce. Możecie wierzyć lub nie, ale on naprawdę był w tym dobry. Instruktorzy próbowali namówić mnie, bym też spróbowała. Ale jak wiadomo – ja najpewniej czuję się na lądzie. Fale w Oceanie są niemałe, do tego perspektywa spadającej mi na głowę deski… nie, to nie dla mnie. Zdecydowanie bardziej pasowała mi rola cheerleaderki, dopingującej swojego faceta na pewnym gruncie.

Z Peniche trzeba było wyciągać mnie siłą. Byłam gotowa zostać tam na zawsze, z tą jedną torbą pod ręką, bez większych środków do życia. Za poleceniem właściciela hotelu po drodze do Porto zahaczyliśmy o Baleal oraz zamek w Obidos. Stety, niestety, Baleal okazało się kolejnym pięknym miejscem, z jeszcze piękniejszymi widokami i naturalnością. Było ją czuć wszędzie. Ludzie wyglądali na szczęśliwych, zrelaksowanych, nikt nie pędził na złamanie karku. Na plażach roiło się od przystojnych surferów z włosami jasnymi od promieni słońca. Przy nich przepiękne, naturalne, wysportowane kobiety. Trochę im zazdrościłam, że mogą tu zostać dłużej niż ja. Obiad zjedliśmy w małej restauracyjce, którą polecała każda internetowa strona czy aplikacja. Jeszcze nigdy w życiu nie smakował mi tak karczek z ryżem. Słowo daję! Zaserwowali nam najzwyklejsze danie dnia, którego smaku może pozazdrościć większość knajp, w których jadłam. A trochę tego było! Zapamiętajcie sobie, żeby odwiedzić Taberna de Ganhao, gdy będziecie w tamtych rejonach. Wasze kubki smakowe zwariują!    

Ostatnim przystankiem było Porto. Obowiązek, by odwiedzić je będąc w Portugalii. Nie należy jednak do miejsc, które ponownie chciałabym odwiedzić. Poza dużą ilością ogromnych mostów i kilku niezłych widoków, miasto przesiąknięte jest nastawieniem na turystów i wyciągnięciem od nich ostatniej złotówki. A raczej ostatniego euro. Tak, wiem. Napiszecie mi, że to samo dzieje się w wielu innych miejscach. Nie, nie dzieje się. Jest drogo, a to sprawia, że jest nijak! Moim celem było zjedzenie dobrego hamburgera (tak, wiem – jaka gwiazda, taki cel). Swoją drogą chyba zacznę zaznaczać na mapie miejsca na świecie, w których jadłam hamburgera. Hamburger jednam okazał się równie nijaki jak całe miasto. Całe szczęście, że napiłam się kieliszek Porto. To na chwilę delikatnie mnie otumaniło i byłam gotowa szukać jakiegoś klubu, żeby iść potańczyć. Na szczęście w miarę szybko wytrzeźwiałam. I zamiast do klubu skierowałam się do Jardins de Palácio de Cristal. Muszę przyznać, że miejsce robi wrażenie. Roślinność, fontanny, cisza i spokój. Chyba się starzeję. Trafiliśmy akurat na zachód słońca, przez co miejsce to zyskało podwójnie na mojej ocenie.

Każda przygoda kiedyś się kończy. Moja w Portugalii też dobiegła końca. Mam nadzieję, że chociaż trochę poczuliście się, jakbyście brali udział w wycieczce ze mną. Gdzie wybiorę się następnym razem?

Wasza M. 😉

   

 

 

You Might Also Like

Brak komentarzy

Napisz komentarz

*