PIERWSZY LOT ZUZI.

PIERWSZY LOT ZUZI.

By admin on 7 marca, 2020 in Macierzyństwo

Latanie samolotem nigdy nie należało do moich ulubionych czynności. Zdecydowanie dużo lepiej czuję się, gdy dotykam stopami ziemi. Dlatego uważam, że nic na świecie nie brzmi tak dobrze, jak dźwięk uderzenia kół o pas przy lądowaniu. Jednak chcąc podróżować, samolot jest raczej nieunikniony, więc postanowiłam się z nim po prostu… polubić. I o tyle, o ile nawet udało nam się zakumplować, to niestety na myśl o pierwszym locie z dzieckiem do teraz mam ciarki. Wychodząc naprzeciw innym podróżującym Mamom, postanowiłam podzielić się nie tylko wrażeniami z tego pierwszego razu, nie tylko zawartością torby podróżnej Zuzi, ale również tym co, jak, kiedy, ile i gdzie.

Jestem perfekcjonistką. Do tego stopnia, że nawet spontaniczny wyjazd jestem w stanie zaplanować, rozrysować na mapie i co najważniejsze wykonać w 5 minut. Bardzo nie lubię jak coś nie jest po mojej myśli, ale przy Zuzi zaczęłam się do tego po prostu przyzwyczajać. Tak więc perfekcyjna ja do bagażu rejestrowanego oprócz kilku swoich sukienek (w których finalnie zamarzały mi na miejscu kości), dwóch swetrów, kilku bluzek, leginsów, jeansów, bielizny, wrzuciłam dla Zuzy bodziaki odpowiadające ilości dni spędzonych na wakacjach, po kilka par cienkich i grubych spodenek oraz bluz. Dodatkowo, niczym żołnierz, uzbroiłam się w termometr, probiotyki, wit. D, Fenistil, Pedicetamol, Dentinox N, spray do nawilżania noska, obcinaczki do paznokci, bawełniane chusteczki do pielęgnacji twarzy, podkłady, trochę pieluszek i chusteczek nawilżonych, których używamy, pieluchy tetrowe, śpiworek do spania, osobisty ręcznik Zuzki oraz płyn do kąpieli z Dermy.

Z racji tego, że nie wiedziałam jak rozwiązać sprawę mleka modyfikowanego, a żadne magiczne fora internetowe nie do końca wyjaśniają tę sprawę, zdecydowałam się na zamówienie gotowego mleczka na czas lotu. (Zamawiałam na stronie dodomku.pl) Oczywiście teraz wiem, że z ilością przesadziłam, ale sami wiecie… perfekcjonistka wychodzi z założenia, że lepiej więcej niż za mało! Lot w jedną stronę trwa trzy godziny, Zuza je co 2h, doliczyć drogę do hotelu i 20 mleczek po 90ml to o jakieś 14 mleczek za dużo. Cała ja.

Przejdźmy dalej. Zrezygnowałam ze swojego bagażu podręcznego, który wliczony jest w cenę biletu, na poczet plecaka z rzeczami Zuzi, który każda z Was może wziąć ze sobą na pokład samolotu razem z dzieckiem. Nigdy osobno. Nie można wziąć dziecka bez plecaka i plecaka bez dziecka. Możesz nie wziąć faceta, ale jak weźmiesz dziecko, to weź i plecak. I według zasad linii lotniczych zapakuj do niego kolejno: książeczkę zdrowia/szczepień, mały kocyk (w samolocie może być duszno, ale może też być zimno od klimy), podkład, by na lotnisku i w razie potrzeby w samolocie mieć pewność, że przewijasz dziecko w dobrych warunkach; jedno opakowanie chusteczek nawilżonych, kilka pieluszek, a dokładniej jedną na każdą godzinę lotu. Dla mnie wydawało się to chorym ‚nakazem’, ponieważ to tylko dziecko i nie mam wpływu na to ile zrobi kup, czy będzie akurat tego dnia sikała mniej, czy więcej lub czy lot z jakichkolwiek przyczyn losowych nie wydłuży się. Dla przykładu, ostatnio samolot nad Madrytem krążył 5 godzin, by spalić paliwo, ponieważ zaraz po starcie okazało się, że mają problemy techniczne. Na lotnisku, przy przejściu przez kontrolę okazało się jednak, że pieluch nikt nie liczył. I dobrze, bo wedle swoich zasad miałam oczywiście za dużo. Podczas kontroli nie wymagali również bym spróbowała mleka Zuzi, a również byłam na to gotowa (i wy też bądźcie gotowi na taką okoliczność).

Wracając do zawartości plecaka. Spakowałam do niego ubranka na zmianę, gotowe mleczko, smoczek do gotowych mleczek (kupiłam w aptece, firma Nutricia), dwie zabawki, pustą butelkę, butelkę z wodą i dwa smoczki na wypadek zgubienia jednego. Jak pomyślałam tak też się stało, ostatniego dnia, zaraz przed wylotem jeden udało nam się zgubić! Pamiętajcie, że te dwie ostatnie wymienione rzeczy są zbawieniem w momencie startu i lądowania. Skoki ciśnienia nie są przyjemne dla nas, dorosłych, a co dopiero dla dzieci. Picie wody i ssanie smoczka odtyka uszy dziecka. Pomimo tego, że w domu, jeszcze przed wylotem dałam Zuzi spróbować gotowe mleko, to podczas lotu bardzo nie pasował jej kształt smoczka jednorazowego. Byłam delikatnie przerażona tym faktem, ale na całe szczęście miałam ze sobą pustą butelkę ze smoczkiem, który zna i który lubi. Przelałam więc mleko i dziecko było najedzone, mama szczęśliwa, a inni pasażerowie zapewne odetchnęli z ulgą.

No dobra, a jakie mleko na miejscu? Z racji tego, że Hiszpania jest mi dobrze znana, weszłam na stronę Alcampo, który jest odpowiednikiem naszego Auchan i wpisałam w wyszukiwarkę nazwę mleka Zuzy. Te sieciówki najczęściej nawet ułożenie produktów na półkach mają dokładnie takie samo, jak u nas. Dzięki temu wiedziałam, że nie muszę uzbrajać się po zęby mlekiem w bagażu rejestrowanym. Zaryzykowałam za to z pieluszkami, bo kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije, i w Hiszpanii kupiłam z firmy Dodot.

Torba spakowana, plecak spakowany, chusta do chustonoszenia (której zestresowane finalnie nie użyłyśmy) spakowana. Zostaje nam wózek, który podobnie jak plecak, możemy zabrać razem z dzieckiem bez dodatkowych opłat. Oddajemy go w specjalnie wyznaczonym do tego miejscu lub przy wejściu do samolotu. Jeśli nie wiecie gdzie robi się to na lotnisku, z którego lecicie to zapytajcie osoby, która obsługuje Was przy odprawie. Pomimo tego, że samolot według mnie nie jest przyjemny, to samo lotnisko jest jednym z fajniejszych miejsc na ziemi. Tyle tam życzliwych ludzi. A propos życzliwych ludzi. Nie dajcie się przepuszczać na lotnisku, idźcie zawsze na końcu! Im mniej czasu spędzicie na lotnisku, czy w samolocie, tym dla dziecka lepiej. To złota rada mojej doświadczonej znajomej, z którą de facto spotkałam się na miejscu, na wakacjach. I ta rada jest jak najbardziej trafna. Byłyśmy z Zuzką ostatnimi osobami, które wchodziły na pokład samolotu.

Sam lot wspominam nieźle. W jedną stronę miałyśmy małe opóźnienie i fakt siedzenia bez ruchu zdenerwował Zuzię, co skończyło się 5 minutowym, dość intensywnym płaczem, po którym wszystkie oczy były zwrócone w moją stronę, a ja miałam ochotę wyjść z samolotu. I nie z powodu tych ludzi, którzy zapewne mieli w głowie to, czy cały lot będzie tak wyglądał. Powodem był strach przed lotem. Nie chciałam, by Zuzia się męczyła. Swoją drogą, w zupełności rozumiem tych ludzi. Płaczące dziecko w samolocie nie jest cool i nawet jako mama bąbelka jestem tego w pełni świadoma. Do dziś pamiętam, jak latając, byłam jedną z tych par oczu. Finalnie podróż minęła gładko, Zuza zaczepiała i śmiała się do wszystkich pasażerów. Skradła ich serca swoimi włoskami, wielkimi oczami i nie schodzącym z twarzy uśmiechem. Lot powrotny był jeszcze lepszy, ponieważ nie było ani opóźnienia, ani płaczu, ani zwróconych w moją stronę oczu. Czy boję się kolejnego lotu? Pewnie. Zawsze bałam się za siebie samą, teraz do końca życia będę bała się za dwie osoby.

Wasza M. 🙂

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment authors
Natalia Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Natalia
Gość
Natalia

Kurczę ale piękny post, a na końcu aż łezkę mam w oku! Super rady. Może kiedyś będę mogła je wykorzystać.