Koronawirus, zakupy i witamina C.

By Magdalena Pyznar on 12 marca, 2020 in Styl Życia

Koronawirus. Na widok tego słowa lub dźwięk wymawiania go, jedni z nas wpadają w panikę, inni się śmieją, a jeszcze inni wpuszczają jednym uchem, a wypuszczają drugim. Sama przechodziłam chyba już wszystkie te trzy etapy. Od totalnego luzu, poprzez podśmiechiwanie się z powstałych memów, aż po panikę. Zwłaszcza wczoraj… w sklepie, podczas zakupów. Dziś postanowiłam więc zadać kilka pytań osobie, której ufam w wielu kwestiach, zwłaszcza tych związanych ze zdrowiem. Poznajcie Asię, prywatnie moją znajomą, a tak całkiem oficjalnie Joannę Brejecka-Pamungkas, dyplomowaną naturopatę ze Stanów Zjednoczonych (ND – naturopatic doctor), dietetyka holistycznego, terapeutkę medycyny chińskiej, terapeutkę Tuiny pediatrycznej, ekspertkę w programach telewizyjnych, autorkę artykułów w tematyce zdrowia naturalnego, szkoleniowca, autorkę książki ‚Naturalnie zdrowe dziecko’.

Asiu, co myślisz o ogólnej panice wywołanej w ciągu ostatnich dni Koronawirusem, czy jest słuszna? Czy faktycznie musimy zapełniać szafki zapasami?

Oczywiście trudno mi powiedzieć jak sytuacja epidemiologiczna się rozwinie, natomiast ja osobiście nie czuję potrzeby robienia większych zakupów niż na kilka najbliższych dni. Niestety, z tego co słyszę, to najbardziej wykupowane produkty to makarony, mrożonki typu pizza, ciastka, słodycze, itp. I niestety są to produkty, które zdrowiu nie będą sprzyjały, wręcz przeciwnie – będą sprzyjały osłabieniu odporności i namnażaniu się mikrobów. Dlatego też dziś apelowałam na instagramie o rozważne zakupy, wybieranie zdrowych produktów, które również będzie można wykorzystać długoterminowo, np. kasza jaglana, gryczana, komosa ryżowa, owies, makarony bezglutenowe lub ze strączków, orzechy, ewentualnie mrożone warzywa i ryby. 

Jesteś świeżo po wydaniu książki ‚Naturalnie zdrowe dziecko’, która jest fenomenalna. Wiem, bo miałam tą przyjemność, otrzymać ją jako jedna z pierwszych osób. Jako, że sama jestem mamą, w całej tej sytuacji tak naprawdę najbardziej obawiam się o swoją Zuzię. Co mogłabyś doradzić matkom oraz kobietom w ciąży, by uchroniły swoje dzieci przed tym wirusem?

Dziękuję!  Bardzo się cieszę, że książka wspiera zdrowie Twojej rodziny i wielu rodzin, do których dotarła. Bardzo polecam wszystkim czytelnikom rozdział o odporności w książce „Naturalnie Zdrowe Dziecko”. To prawda, że priorytetem każdej mamy jest ochrona swojego dziecka. Sama, będąc teraz w ciąży, chcę jak najlepiej zadbać o odporność mojej córeczki i swoją, która przełoży się na zdrowie mojego synka, który rośnie w brzuchu. 

Oprócz standardowych zasad unikania skupisk ludzkich i dezynfekcji jest kilka substancji, które bezpiecznie można stosować u malutkich dzieci i kobiet w ciąży, tj. probiotyki, colostrum, laktoferyna, omega-3, witamina C, witamina D. Dodatkowo u kobiet w ciąży jod, cynk, propolis, pierzga, bardzo ważna pełnowartościowa dieta z dużą ilością warzyw i kiszonek. 

W takim razie zapytam jeszcze o dorosłych. Jako naturopata stosujesz naturalne sposoby na zwiększenie odporności, czy masz jakieś swoje triki, które idealnie sprawdziłyby się w aktualnej sytuacji w Polsce wśród osób dorosłych?

Tak, rozmawiam o tym na co dzień w gabinecie. Gdyż od sprawnie działającego układu odpornościowego zależy, czy dana osoba się zarazi lub jeśli już do tego dojdzie, jak szybko i bez powikłań przejdzie infekcje wirusową. 

Znakomitym wsparciem dla odporności będą: 

– kurkumina

– beta glukany 

– omega-3

– grzybki tybetańskie tj. cordyceps, shitake, mai rei

– probiotyki, prebiotyki, kiszonki, laktoferyna

– wit. C, D w zwiększonych dawkach

– Cynk, jod, magnez 

– pierzga, propolis, mleczko pszczele

– przyjmowanie octu jabłkowego z wodą  

– Z ziół: krwawnik, tymianek, lipa, majeranek, kwiat bzu, owoc bzu. 

Bardzo ważny będzie regularny i w odpowiednich godzinach sen, płukanie jamy ustnej olejem słonecznikowym lub kokosowym, syropy z cebuli, czosnku, buraków, bzu czarnego, zakwas buraczany. Ograniczenie w diecie cukru, nabiału, pszenicy i przetworzonych produktów. Zadbanie o to, by jeść jak najwięcej zup, warzyw, kiełków, kasz i kiszonek. 

Powstaje wiele wersji na temat ilości osób faktycznie zarażonych, a ilości które podaje nam telewizja. Co chwile napływają do nas informacje z całego świata. Co za tym idzie – STRESUJEMY SIĘ. Jest to naturalna kolej rzeczy, jesteśmy tylko ludźmi. Czy stres sprzyja wirusowi? Czy powinniśmy się go wystrzegać? Jeśli tak, to w jaki sposób?

Oczywiście, stres i lęk to jedne z największych wrogów odporności. 

Mam pacjentów, którzy błyskawicznie rozchorowują się pod wpływem stresu, stwarza to otwartą drogę do rozwoju mikrobów. Dlatego tak ważny jest wewnętrzny spokój i równowaga. Przede wszystkim warto zadać sobie pytanie czy mam wpływ na to czym się stresuję? Polecam nie oglądać i nie czytać zbyt wielu negatywnych informacji, a sprawdzać miarodajnie źródła rządowe i epidemiologiczne. 

Aby zrelaksować głowę, co przełoży się na sprawnie działającą odporność, przede wszystkim ważny jest sen i umiarkowana aktywność fizyczna. Siedzenie godzinami przed telewizorem z chipsami i ciastkami, i zamartwianie się, może tylko zaszkodzić. 

Bardzo wspierające będą kąpiele z dodatkiem soli magnezowych, dodatkowa suplementacja magnezu, wit. z grupy B, czy lecytyny. Świetnym sposobem będą również napary z ziół regulujące pracę układu nerwowego, tj. dziurawiec, rumianek, lawenda, lipa, szyszki chmielu, czy korzeń kozłka lub bardziej skoncentrowane formy ziół, tj. ashwaganda czy rhodiola. Ćwiczenia oddechowe, medytacja czy modlitwa również będą niezwykle pomocne. 

Od kilku dni w internecie rozsyłana jest wiadomość, że Uniwersytet Xi’an Jaotong w Chinach poinformował o udanym leczeniu pacjentów z Koronawirusem witaminą C. Myślisz, że to prawdziwa informacja, czy zwykły fake? Jaki jest Twój stosunek do tego?

Bardzo trudno mi się do tego ustosunkować, nie znam źródła, które potwierdzałoby tą informację. Natomiast od mojego profesora medycyny chińskiej wiem, że jest dobra skuteczność leczenia wirusa i jego ewentualnych powikłań w Chinach, poprzez akupunkturę oraz zioła chińskie. W medycynie chińskiej trudno jednak o jeden protokół leczenia, taki tryb dobierany jest w zależności od osoby oraz występujących objawów, czy ewentualnych powikłań. Natomiast wit. C ma właściwości immunostymulujące i watro ją wdrożyć również w naszych warunkach. 

Moim głównym celem tego wywiadu jest zwiększenie Waszej świadomości w temacie ostatnich wydarzeń. Mam nadzieję, że swoje kroki skierujecie w większości do sklepów zielarskich, czy aptek. Bo jeśli macie gdzieś wydać swoje ciężko zarobione pieniądze, to na pewno lepiej zrobić to tam, niż w spożywczakach na mrożoną pizzę. Wybierajcie mądrze, bądźcie rozważni i opanowani. Tylko to nas uratuje. 

Wasza M. 🙂

Kim Ty w ogóle jesteś?

By admin on 7 marca, 2020 in Styl Życia

Czy kiedykolwiek zadałeś sobie to pytanie? A może to ktoś zadał je Tobie? Mnie spotkała taka sytuacja kilka dni temu. Wpadłam na, wydawałoby się, świetny pomysł z jeszcze lepszą inicjatywą. Chcąc uczcić powrót do swojego hobby i dobrze go spożytkować, wystawiłam na licytację, która ma wesprzeć WOŚP, wspólną lekcję tańca. Pomysł spotkał się z uznaniem wielu osób. Chociaż nie o uznanie w tym wszystkim mi chodziło, a o zwykłą, ludzką pomoc. Wśród stada białych, wspaniałych owieczek, musiało się jednak trafić jedno czarne, brzydkie i złe owczysko, które całą naszą sielankę chciało zaburzyć. Skoro zaburzyć się nie udało, to po co poruszam ten temat…

Wielu z was bardzo często wysyła do mnie wiadomości odnośnie braku inspiracji, braku motywacji, niskiej samooceny, małej pewności siebie. To wszystko najczęściej spowodowane jest właśnie tą jedną, brzydką, małą owcą. Spróbuj ją sobie wyobrazić. A ja spróbuję Ci wytłumaczyć, dlaczego nie powinieneś się nią przejmować.

Ma zeza. Krzywe zęby. Brwi wpierdolki. Dołóżmy jej jeszcze krzywe nogi. I garba. Wystarczy? Nie? Dorzućmy okropny, piskliwy głos, mówiący – ‚Kim Ty w ogóle jesteś?’i śmierdzący oddech. Gotowe. A teraz wyobraź sobie siebie. Żeby było Ci łatwiej, ja podsumuję swoją osobę, przy okazji odpowiadając na to pytanie. Do dzieła!

Nazywam się Magda, właściwie Magdalena. Pomimo tego, że nienawidzę zwrotu Magda, to lepiej sprzedaje się on w mojej nazwie na Instagramie. Krótko i zwięźle. Po prostu marketing. Jestem absolwentką liceum ogólnokształcącego o profilu humanistyczno-dziennikarskim. Jestem byłą cheerleaderką, tancerką hip-hop, wieloletnią instruktorką tańca. Szkoliłam się nie tylko u polskich tancerzy, takich jak Jujka, ale i u wielu zagranicznych – Derrell Bullock (tancerz Beyonce), Tony Czar, Ian Eastwood. Występowałam na dużej scenie z wieloma gwiazdami, między innymi z Justyną Steczkowską czy Ewą Farną. Swojego czasu jeździłam w trasy koncertowe z Czadomanem i występowałam w wielu klipach. Jestem też byłą uczestniczką najbardziej kontrowersyjnego polskiego programu Warsaw Shore, którego polska mentalność po dziś dzień przegryźć nie potrafi. Od ponad roku jestem licencjonowaną dietetyczką, trenerem personalnym, instruktorem trampolin, motywatorką. Napędzam swoje obserwatorki do zmian. Dopinguję, kibicuję. Jestem dowodem na to, że zmiany (i przemiany) są dobre. Zarówno te wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Od ponad trzech miesięcy jestem mamą wspaniałej Zuzi. Bycie mamą wcale nie zatrzymało mnie i moich planów. Nie spoczywam na laurach. Podnoszę swoje kwalifikacje zawodowe, wróciłam do swojej największej pasji, jaką jest taniec.

I w sumie to by było na tyle. Byłoby, gdyby nie to, że oprócz tych wszystkich cudów, jestem też człowiekiem. Takim jak Ty, czy Ty. Miewam lepsze i gorsze dni. Przeżyłam w życiu wiele dobrego i wiele złego. Wiele razy zawiodłam się na ludziach i pewnie wielu ludzi zawiodło się na mnie. Staram się wyciągać wnioski z popełnionych błędów, ale i tak nie zawsze mi to wychodzi. Jestem nieufna, bo nauczyło mnie tego życie. Ale jak już zaufam, to dostaniesz moje serce na dłoni. Lubię pomagać, nie chcąc pomocy w zamian. Jestem typem Zosi Samosi. Jestem empatyczna, ciepła, sympatyczna, ale jeśli nadepniesz mi na odcisk lub przekroczysz granice mojej prywatności potrafię być jak huragan – impulsywna i wybuchowa. Uwielbiam się śmiać, mam ogromny dystans do siebie i angielski humor. Ale lubię też płakać, gdy coś leży mi na sercu. Wierzę w to, że w łzach wypływa cała złość, żal i szeroko pojęte zło. Mam w sobie coś, co jest niepodrabialne i… nielubiane – szczerość. A za to ludzie mnie albo kochają, albo nienawidzą. Jestem inteligentna (tak mówili mi w szkole i podczas testów na inteligencję, więc coś w tym musi być!) i ambitna. Jestem mistrzynią ironii i sarkazmu, ale to mam chyba w genach. Potrafię zawalczyć o siebie, a jeszcze bardziej potrafię zawalczyć o bliskich. Dla nich jestem skłonna do największych poświęceń. I tu znów… jestem empatyczna i miła, o ile nie przekroczysz pewnych granic. Zmieniam się w huragan.

Kim ja w ogóle jestem? Jestem Magdalena Pyznar. A Ty?

Wasza M. 🙂

Szepty za Twoimi plecami.

By admin on 7 marca, 2020 in Styl Życia

Na Waszą prośbę – 3 triki motywacyjne, czyli idealny sposób by się udało, nawet jeśli dotąd się nie udawało!

ZNAJDŹCIE SOBIE SPRZYMIERZEŃCA. Najlepiej w domu lub wśród najbliższych przyjaciół. Nawet jeśli oprócz motywowania macie w zwyczaju sobie dogryzać, to zawsze łatwiej to usłyszeć z ust bliskich. Bądźcie ze sobą szczerzy, nie ukrywajcie zjedzonego batonika czekoladowego, czy pominiętego treningu. Traktujcie tą sprawę tak poważnie, jak Pani Ela spod trójki cotygodniową spowiedź. Jeśli mąż, przyjaciółka, siostra wyglądają na zmęczonych, spuchniętych, czy też widzisz u nich jakąś inną negatywną zmianę, to im o tym powiedz. Lepiej żeby dowiedzieli się tego od Ciebie, niż z szeptów za swoimi plecami. A tych, jak dobrze wiecie, nie brakuje. Jeśli natomiast widzisz u bliskich pozytywne zmiany, również nie zapomnij ich o tym poinformować! Nic nie motywuje bardziej niż szczera pochwała. 

RZUCAJCIE SOBIE WYZWANIA. Wydaje Wam się, że wiecie o sobie wszystko… a może warto w związek wprowadzić trochę świeżości a w przyjaźni zrobić małe rozegranie? I nie chodzi tu o wystawianie tych znajomości na próbę. Po prostu się miło zaskoczcie! Pokażcie kto jest w czym lepszy. Niech każde wyzwanie trwa miesiąc. Wymyślajcie je sobie na zmianę. Mogą dotyczyć zarówno jedzenia, sportu, jak i wydawałoby się najgłupszych rzeczy, jakie przyjdą Wam na myśl. Nieważne. Każde wyzwanie kształtuje Wasz charakter. Waszą silną wolę. Nawet jeśli postanowicie przez miesiąc nie używać najczęściej wypowiadanego przez Was słowa – to już będzie wielkie osiągniecie. A każde kolejne wyzwanie będzie jak bułka z masłem. Odstawcie więc na bok każde NOOO, CO NIE?, KUR*A. Później spróbujcie odstawić cukierki, czy inne mniejsze lub większe uzależnienia. Następnym krokiem niech będą poranne brzuszki. Kto wie, być może za pół roku Waszym wyzwaniem będzie przygotowanie do triathlonu… 😉

NOTUJCIE SWOJE OSIĄGNIĘCIA. Taaak, wiem. Komu by się chciało zanotować, że wczoraj był dzień bez mięsa, kieliszka wina, czy że udało Wam się stracić kilogram na wadze. Otóż inaczej na to spojrzycie za kilka tygodni, gdy będziecie mieli gorsze dni, cały świat będzie przeciwko Wam i zaczniecie się rozglądać za wykupieniem miejsca na pobliskim cmentarzu. Zajrzycie wtedy w swoje magiczne notesiki, podsumujecie ostatni, bardzo owocny miesiąc… i zapewniam Was – stronę z trumnami szybko zamienicie na taką z ciekawym szkoleniem lub nowym planem treningowym. Większość z nas cieszy się z tego, co tu i teraz. Niestety, w taki też sam sposób się denerwujemy, dołujemy. Nie myślimy o tym, że wczoraj był wspaniały dzień, tylko o tym, że dziś jest do dupy. Nie planujemy, by jutro coś zmienić na lepsze, tylko ubolewamy, że prawdopodobnie do końca życia będzie tak źle, jak dziś. Notując swoje codzienne osiągnięcia zauważamy, że życie jest jednym wielkim wykresem, w którym raz możemy być na dole, a raz na samym szczycie. A wyciągając wnioski z tego wykresu, dążymy do tego, by zawsze trzymać się jak najwyżej.

To co, jesteście GOTOWI na wejście w Nowy Rok?

Wasza M. 🙂

Lubię się z niej pośmiać.

By admin on 7 marca, 2020 in Styl Życia

Po ostatnim, dość kontrowersyjnym wpisie, czas na małą dawkę śmiechu i rozluźnienia. Nie samą kontrowersją człowiek żyje! A dla równowagi, która w życiu jest nam cholernie potrzebna, dziś opowiem Wam o czymś, co pewnie znacie z autopsji. Czyli 5 rzeczy, które zmieniają się w związku. 

Kończyny. Pamiętam jak dziś nasze pierwsze, wspólne noce. Oplecieni rękami i nogami niczym precelki. Na pewno każdy, kto chociaż raz był zauroczony, dobrze wie o czym mówię. Człowiek zachowuje się tak, jakby to była ostatnia wspólna noc. Totalne szaleństwo. I to szaleństwo z czasem się zmienia. Co oczywiście nie oznacza, że znika uczucie. Kiedyś uwielbiałam, gdy przytulając mnie zakładał na mnie nogę. Dziś uważam, że to nie zakładanie, a przygniatanie. Oczywiście nadal lubię się przytulać, ale ta noga jest jakby cięższa. I to o dobrych parę kilo. Czuję się jak żaba na ruchliwej drodze, która walczy o życie. Biedna unika tych samochodów, aż kończy z wywalonym jęzorem i wybałuszonymi oczami. 

Śniadanie do łóżka. Każda kobieta o tym marzy. Mi się poszczęściło. Codziennie dostawałam przepyszne, kolorowe, idealnie przyprawione kanapeczki. Dziś kanapeczki w dalszym ciągu są przepyszne. Różnica jest taka, że robię je ja. Śniadanie z rąk mojego mężczyzny należy mi się tylko wtedy, gdy źle się czuję. Wyobraźcie sobie ile razy musiałam symulować! Do tego wszystkiego każdego poranka słyszę : ‚co dziś będzie na śniadanie?!’. Mało tego. Wyobraźcie sobie, że teraz, dokładnie teraz, kiedy piszę dla Was post, leżę pod cieplutką kołdrą, słyszę od gnojka właśnie ten tekst… o nie, mój drogi, najpierw post, później śniadanie.

Biuro. Takie pomieszczenie w domu, w którym leżą papiery, dokumenty, długopisy, karteczki. W naszym domu biuro każdego dnia delikatnie zmieniało swoje położenie. Wydawałoby się, że to niemożliwe. Przecież pomieszczenia nie mogą się poruszać. A jednak! Po kolei była to szafka przy wejściu, później stół w pokoju gościnnym, dziś kuchnia. Tak więc, gdy kroję pomidory, muszę uważać by nie ukroić telefonu. Siekając cebulę zerkam, czy razem z nią nie posiekam stery karteczek, papierków i innych ważnych, jak na kuchnię przystało, dokumentów.

Zgodność. Według mnie to jeden z zabawniejszych przykładów. Pomimo wszelkich nerwów, które zgodność, a raczej jej brak, wywołuje, lubię się z niej pośmiać. Oczywiście do śmiechu jest mi dopiero po fakcie. Najlepiej jakieś trzy dni po. Gdy wreszcie opuszczę swoją jaskinię, bo tak nazywa to mój facet. (czyt. sypialnię) Dla przykładu. Ostatnio, podczas choroby, pękła mi szklanka z herbatą i kurkumą. Kto chociaż raz miał kurkumę wszędzie, tylko nie w buzi, wie co to oznacza. Żółte było wszystko, od białych frontów kuchni, po szuflady, spodnie, ręce. A żeby tego było mało, bardzo ciężko się tych plam pozbyć. Oczywiście każdy, kto wtedy stanął mi na drodze, był wrogiem numer 1. Padło na drzwi od piekarnika, a później na kota. Facetowi zdecydowałam się wyjątkowo odpuścić. W zamian za to dowiedziałam się, że to tylko szklanka, a ja wprowadzam nerwową atmosferę. Miałam ochotę w tej kurkumie go wytarzać, żeby zapamiętał sobie raz na zawsze, że szklanka to szklanka. A kurkuma to kurkuma. Skończyło się na dwóch dniach ciszy, a odkąd ponownie zaczęliśmy rozmawiać mam ksywę Kurkuma. 

Priorytety. To one zmieniają się najbardziej. Imprezę zamieniamy na łóżko. Przygodną znajomość na miłość. Kieliszek wódki na herbatę. Nieporządek na szafkach na wspólne zdjęcia w ramkach. Brak odpowiedzialności na życiowe plany. Fast-food na mieście na obiad domowy. Przy tych wszystkich sytuacjach, które mogą Was poróżnić, pamiętajcie o tym, by zawsze patrzeć w tą samą stronę. No chyba, że chodzi o pieprzoną kurkumę.

Wasza M. 🙂

Zerwałam z nim.

By admin on 7 marca, 2020 in Styl Życia

Wstaję rano, przecieram oczy, sięgam ręką po telefon, odpalam Facebooka. Wiem, że to nic dobrego. Niejeden nazwałby to pewnie uzależnieniem. Ale wiem też, że moje bywanie w social mediach, po części ze względu na pracę, to nic w porównaniu do tego, co dziś odczujecie czytając ten post…

Wróćmy do tematu. Odpalam Facebooka. Dziś Kasia zerwała z Bogdanem. Albo on z nią, nie wiem. W każdym razie nie są ze sobą. Szkoda, wydawało się, że są ze sobą szczęśliwi. A przynajmniej ona tak zaznaczyła trzy dni temu na Facebooku. No to chyba była szczęśliwa, nie? Przecież dopiero co oświadczył się jej w Walentynki! Zresztą na pomysł zaręczyn w Walentynki wpadł jeszcze Mateusz, Krzysiek, Janek, Dawid, Karol, Patryk, Robert, Przemek, Darek, Łukasz, Norbert. Cóż za oryginalność i ponadczasowość! Zaręczyny w Walentynki? Nie spodziewałabym się. Aż nie wiem którym znajomym gratulować najpierw. Wracając do naszych zakochanych par. Łukasz z Żanetą już trzy razy od tamtej pory się rozstali, a Dawid z Sandrą nie dali nam pominąć swojego #coupleshow i wyzywali się na Facebooku od ch*jów i ku*ew. I pomyśleć, że za kilka miesięcy urodzi im się mała dzidzia, a na ostatniej sesji brzuszkowej wyglądali na zakochanych po uszy!

No nic, przewijam dalej. Marta i Zosia nadal się nie pogodziły. Zosia chyba woli zatrzymać wszystko dla siebie, ale Marta nadrabia. Zaraz po kłótni oznaczyła się jako zawiedziona. Jestem ciekawa jak wyglądała pisząc ten post. Bo jeśli tak, jak emotikonka przypisana do tej emocji to naprawdę musiało być źle… dziwię się, że w ogóle dała radę napisać tego posta! Niezła drama! Potem kolejno pojawiały się cytaty o końcu przyjaźni, o tym, że prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie, że życie uczy, że jakieś tam zasady, że pokrzywdzona, że niewinna. I tak od dwóch miesięcy. Wywnioskować można, że Zosia to kawał szmaty. Apropo Zosi – ona nadal milczy… mogła przynajmniej oznaczyć, że jest milcząca, czy coś, może wtedy Marta nie byłaby aż tak bardzo zawiedziona? A może Zosia po prostu zapomniała hasła do Facebooka? Biedna Marta, chyba sobie z tym nie radzi. Ale żeby tak od razu wojnę z samą sobą prowadzić? Ma to sens?

Scroll, scroll. Wybory na dowodzących miastami i wioskami. Facebook rozgrzany do czerwoności. Oho, będzie się działo. Poprawiam kołdrę, przyjmuję wygodną pozycję i otwieram komentarze pod jednym z artykułów. Pan Józek, 60 lat, wieś Za Siedmioma Zakrętami, zdjęcie profilowe ze ślicznymi wnuczkami, generalnie dziadek ideał, wyzywa od POwskich debilek Panią Anię, z Wrocławia, lat 25. Jak ona tak może! Nie dość, że debilka, to jeszcze gówniara, a na dodatek za PO! Magia Facebooka. Parę komentarzy niżej widzę babulkę ode mnie z miasta, która w sobotę chodzi na niedzielną mszę, a w niedzielę odbębnia w kościele modlitwy za swojego syna, który ostatnio kogoś zgwałcił i odsiaduje wyrok. Gdzie ona była jak trzeba było wychować gówniarza. A no tak… w Kościele! Albo z sąsiadką obgadywała tą z klatki obok, bo przecież ta rozwiodła się z facetem. A więc ta sama babulka, która dopiero co przekazywała sobie z kimś znak pokoju, rzuca obelgami w parę lat starszą od siebie kobiecinę. Stawiam flaszkę, że gdyby to była kłótnia twarzą w twarz to skończyłaby się na SORze. I to wszystko z powodu wyborów? Strach pomyśleć co będzie się działo, gdy będziemy wybierać prezydenta…

Całkiem niezły przypływ informacji, co? A to dopiero kilka minut. Kilka minut żali, nerwów, zawiści. Kilka minut, kilku pionków w grze Facebook. Grze, w której w pewnym momencie została zatracona jakakolwiek kontrola. Z pewnego rodzaju rozrywki niektórzy przeszli w stan, w którym brak taktu lub jakiekolwiek kultury. Kiedyś trzeba było umówić się z kimś na butelkę wina i wypłakać wszystkie żale w zakątku domowego ogniska. Dziś wystarczy wejść na Facebooka, żeby sprawdzić kto jest z kim i kto jest kim. Zapamiętaj jednak, że Facebook nie jest Twoim przyjacielem. Przyjacielem jest nie ten, który napisze Ci wiadomość na Messangerze, gdy masz wyłączony telefon. Przyjacielem jest ten, którego zmartwi Twój wyłączony telefon i przyjdzie zapukać do Twoich drzwi.

Wasza M. 🙂

Jestem gwiazdą!

By admin on 7 marca, 2020 in Styl Życia

Peniche. Ciężko będzie mi opisać to miejsce. Szczerze? Na pierwszy rzut oka – wioska zabita dechami. Dotarłam do niej późnym popołudniem. Po drodze mignęła mi może dwójka ludzi. Był to przystanek pomiędzy Lizboną a Porto. Nocleg, w przystępnej cenie, zarezerwowałam przez Internet. W opisie skusiła mnie odległość hotelu do Oceanu. Dość blisko, bo aż po drugiej stronie ulicy. Kto z nas nie marzy o tym, by rano wyjść nago na taras i zobaczyć przed sobą ogromne wody Oceanu. Scena niczym z prawdziwego amerykańskiego filmu. A że taka trochę ze mnie gwiazdka, nie mogłam sobie pozwolić na to, by ominął mnie taki widok!

Na miejscu okazało się, że tarasu nie było, tak więc jaka gwiazdka taki taras… a pokój usytuowany był w stronę innego budynku. Całe szczęście, że Ocean był na swoim miejscu. Właściciel obiektu zgodny z opinią recenzujących – gościnny, otwarty, pomocny. I przede wszystkim godny zaufania. Skąd ta pewność? Wiem, co mówię. Nie rzucam słów na wiatr. Po drodze, gdy zorientowałam się, że jedziemy do wioski surferów, w tajemnicy skontaktowałam się z właścicielem i wykupiłam lekcję surfowania dla swojego lubego. Było to jedno z jego marzeń. A wiecie jak jest z marzeniami. Natłok pracy i obowiązków sprawia, że bardzo często musimy je przekładać na następny dzień. Co w efekcie oznacza rok lub 10 lat później. Teraz już nie było odwrotu. Musiał spróbować. O akcji niespodzianka miałam powiedzieć dopiero przy kolacji, na którą wybraliśmy się tego wieczoru. Radość była ogromna, ale widziałam też delikatne obawy – wiecie jak to facet, od razu chciałby być mistrzem surfingu.

Podczas spaceru uznałam, że Peniche jest jednak jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi.

Mała wioska rybacka, nocą oświetlona milionami żaróweczek, zupełnie jakby zawsze były tam święta. Setki straganów z pamiątkami, pączkami, bezami, watą cukrową, hamburgerami (tu zaczęłam żałować, że pół godziny wcześniej zjadłam rybę o nieznanej mi nazwie). Generalnie byłam bliska płaczu, zaczęłam prosić chłopaka byśmy zamieszkali w tej wiosce. Jeszcze mocniej zakochałam się w tym miejscu następnego dnia rano. Faceta wysłałam na kurs surfowania, a sama usiadłam na plaży i cieszyłam się chwilą. Później też się cieszyłam, ale widokiem mojego faceta na desce. Możecie wierzyć lub nie, ale on naprawdę był w tym dobry. Instruktorzy próbowali namówić mnie, bym też spróbowała. Ale jak wiadomo – ja najpewniej czuję się na lądzie. Fale w Oceanie są niemałe, do tego perspektywa spadającej mi na głowę deski… nie, to nie dla mnie. Zdecydowanie bardziej pasowała mi rola cheerleaderki, dopingującej swojego faceta na pewnym gruncie.

Z Peniche trzeba było wyciągać mnie siłą. Byłam gotowa zostać tam na zawsze, z tą jedną torbą pod ręką, bez większych środków do życia. Za poleceniem właściciela hotelu po drodze do Porto zahaczyliśmy o Baleal oraz zamek w Obidos. Stety, niestety, Baleal okazało się kolejnym pięknym miejscem, z jeszcze piękniejszymi widokami i naturalnością. Było ją czuć wszędzie. Ludzie wyglądali na szczęśliwych, zrelaksowanych, nikt nie pędził na złamanie karku. Na plażach roiło się od przystojnych surferów z włosami jasnymi od promieni słońca. Przy nich przepiękne, naturalne, wysportowane kobiety. Trochę im zazdrościłam, że mogą tu zostać dłużej niż ja. Obiad zjedliśmy w małej restauracyjce, którą polecała każda internetowa strona czy aplikacja. Jeszcze nigdy w życiu nie smakował mi tak karczek z ryżem. Słowo daję! Zaserwowali nam najzwyklejsze danie dnia, którego smaku może pozazdrościć większość knajp, w których jadłam. A trochę tego było! Zapamiętajcie sobie, żeby odwiedzić Taberna de Ganhao, gdy będziecie w tamtych rejonach. Wasze kubki smakowe zwariują!    

Ostatnim przystankiem było Porto. Obowiązek, by odwiedzić je będąc w Portugalii. Nie należy jednak do miejsc, które ponownie chciałabym odwiedzić. Poza dużą ilością ogromnych mostów i kilku niezłych widoków, miasto przesiąknięte jest nastawieniem na turystów i wyciągnięciem od nich ostatniej złotówki. A raczej ostatniego euro. Tak, wiem. Napiszecie mi, że to samo dzieje się w wielu innych miejscach. Nie, nie dzieje się. Jest drogo, a to sprawia, że jest nijak! Moim celem było zjedzenie dobrego hamburgera (tak, wiem – jaka gwiazda, taki cel). Swoją drogą chyba zacznę zaznaczać na mapie miejsca na świecie, w których jadłam hamburgera. Hamburger jednam okazał się równie nijaki jak całe miasto. Całe szczęście, że napiłam się kieliszek Porto. To na chwilę delikatnie mnie otumaniło i byłam gotowa szukać jakiegoś klubu, żeby iść potańczyć. Na szczęście w miarę szybko wytrzeźwiałam. I zamiast do klubu skierowałam się do Jardins de Palácio de Cristal. Muszę przyznać, że miejsce robi wrażenie. Roślinność, fontanny, cisza i spokój. Chyba się starzeję. Trafiliśmy akurat na zachód słońca, przez co miejsce to zyskało podwójnie na mojej ocenie.

Każda przygoda kiedyś się kończy. Moja w Portugalii też dobiegła końca. Mam nadzieję, że chociaż trochę poczuliście się, jakbyście brali udział w wycieczce ze mną. Gdzie wybiorę się następnym razem?

Wasza M. 😉

Sardynki u Mikołaja!

By admin on 7 marca, 2020 in Styl Życia


Uwielbiam spontany, a Ty? Jeśli tak, zapraszam Cię na spontaniczną wycieczkę do Portugalii. Nie spodziewaj się jednak opisu pomników, czy wykładów z historii. Nie przestudiowałam wcześniej Internetu po to, by teraz zrobić ‚kopiuj’ – ‚wklej’. Będzie to wycieczka i odczucia zwykłego, szarego człowieka. Mam nadzieję, że spodoba Ci się równie bardzo, jak mi!

Cel numer jeden, czyli Lizbona. Przepiękne, pełne zieleni miasto o idealnej temperaturze. Ani tu za ciepło, ani za zimno. Po ostatniej podróży do Hiszpanii bardzo brakowało mi kwitnących drzew, krzewów i wszelakiej roślinności. Za to na każdym kroku można było natknąć się tam na budynki koloru piaskowego, chodniki koloru piaskowego i piasek… koloru piaskowego.

Lizbona zachwyca wąskimi uliczkami, ogromnymi pomnikami, gęstą roślinnością nawet w samym centrum miasta, graffiti na murach, rybkami mrugającymi do ludzi z akwariów ulokowanych w restauracjach i… przepysznymi Pasteis de Nata. Słynne, słodkie babeczki. A! Przepraszam, nie tylko słodkie. Znając bowiem mnie i moje hamburgerowe zapędy, nie trudno się domyślić, że wynalazłam w jednej z piekarni wersję dla słonolubnych. Z szynką i serem. Niebo w gębie. Nawet dla samej tej babeczki warto wziąć urlop i polecieć do Lizbony.

A gdy już weźmiesz urlop dla babeczek, nie zapomnij o przejażdżce tramwajem. Kolejna mała rzecz, a cieszy. Ja z niewiedzy trafiłam na taki, który jechał aż dwie minuty. Wydaje mi się, że w tej samej niewiedzy było też 30 innych jego pasażerów. Jednak wszyscy, pomimo ogromnego ścisku i przejechaniu zaledwie 200 metrów, wyglądali na równie zadowolonych, jak ja. 

Jak Portugalia – to sardynki. Dostępne praktycznie na każdym kroku i pod każdą postacią. Nawet zaczęłam się trochę obawiać, że właścicielem apartamentu, który wynajęliśmy okaże się nie kto inny, a sardynka. Na szczęście to okazało się nieprawdą. Za to odwiedziliśmy dość nietypowy sklep, gdzie do kupienia były sardynki w puszkach oznaczonych rokiem urodzenia. Przypominasz sobie rok urodzenia mamy, bierzesz jej opakowanie sardynek oznaczonych datą i dajesz w prezencie urodzinowym krzycząc wesoło : „Mamo, z okazji urodzin kupiłam Ci sardynki!”. Pomysł na prezent dość nietypowy, za to sam sklep robił wrażenie. Zrobiony był na wzór sklepików ze świętym Mikołajem, jego elfami i ogromną ilością prezentów. Wszystko migotało i było tak świątecznie, jednak nadal prezentami nie były lalki i samochodziki, a sardynki. 

Będąc w Portugalii dostawałam od Was mnóstwo wiadomości co warto zjeść i gdzie warto pojechać. Odwiedziłam więc  TimeOut Market, czyli ogromny budynek, w którym można znaleźć niezliczone restauracje ze zróżnicowanym jedzeniem w przystępnej cenie. Za namową znajomej postawiłam na Francesinhe, czyli popularną portugalską kanapkę. I to nie byle jaką. Pomiędzy dwoma kawałkami chleba tostowego kryła się przepyszna wołowina, boczek oraz kiełbasa, górę kanapki okrywał roztopiony żółty ser, a całość polana była przepysznym sosem. Od momentu, gdy włożyłam ją do ust, nie byłam pewna czy następnym razem przyjadę tu dla babeczek, czy dla Francesinhy. Co było miłym zaskoczeniem? W wielu restauracjach karty dań były w języku polskim, a osoby obsługujące knajpki i stragany – skromnie, bo skromnie, ale władały naszym ojczystym językiem.

Pomijając te wszystkie tosty, babeczki, sardynki, tramwaje i pomniki, najważniejszym dla mnie wydarzeniem tego dnia było… ujrzenie Oceanu Atlantyckiego. Bardzo przywiązuję uwagę do takich wydarzeń w moim życiu. Zwłaszcza, że miał być to mój pierwszy raz. Z tej okazji pojechaliśmy do Cascais. Znajduje się tam przepiękny punkt widokowy. Nie jestem zbyt dobra w opisywaniu przyrody, rodzaju skał, szumu wiatru i fal uderzających o wybrzeże. Myślę jednak, że te zdjęcia zrobią to za mnie…

Zapomniałabym o najważniejszym! Podobno być w Portugalii i nie spróbować Porto to grzech. A że grzeszyć lubię, modzie więc nie uległam. Napiłam się Aperola. Był przepyszny, jeszcze nigdzie nie smakował mi tak bardzo, jak tam! 

Następny przystanek – Peniche. Jedziesz ze mną?

Wasza M. 🙂

Jestem najmądrzejsza!

By admin on 7 marca, 2020 in Styl Życia

Było o treningu. Będzie o diecie i nie diecie. Nie wiem jak u Was, ale ja na słowo ‚dieta’ automatycznie jestem głodna. Nagle mam ochotę na rzeczy, na które normalnie nawet nie zwróciłabym uwagi. Ale postanowiłam spróbować. A było to tak…

Zanim trzy lata temu przytyłam od niezdrowego trybu życia – jedzenia po nocach, imprezowania – pojęcie diety było mi obce. Trenowałam taniec kilka godzin dziennie, mogłam jeść co mi się podoba, a waga i tak nie szła w górę. Super sprawa, mówię Wam. Jednak czym człowiek starszy, tym gorsza przemiana materii. Gówno prawda. Wszystko zależy od nas samych. Podobno, jak to mówią starość, nie radość. W moim przypadku: głupota, nie radość. Zachłysnęłam się imprezowym życiem, priorytety, które rodzice we mnie całe życie wpajali poszły na bok. Bo przecież ja jestem najmądrzejsza, nie? 😉 taniec odłożyłam ‚na później’, firmę zresztą też, a życie towarzyskie postawiłam na pierwszym miejscu. Nie pytajcie czy było warto. Jedno jest pewne – nigdy więcej tego błędu nie popełnię.

Jakiś czas temu, gdy w końcu zauważyłam, że jestem najnormalniej w świecie gruba, i nikt ‚miły’ nie wmawiał mi, że ‚doooobrze wyglądam’, postanowiłam wrócić do sportu. Sportu, który był obecny w moim życiu od momentu kiedy postawiłam swoje pierwsze kroki. Sportu, który dawał mi satysfakcję, gdy wygrywałam zawody narciarskie, taneczne, czy różne inne. Sportu, w który zatapiałam się w gorsze dni. Uwierzcie mi, lepiej było zmienić sport na kieliszek niżeli kieliszek na sport. Lepiej zacząć jeść fastfoody niż ich sobie odmawiać. Z treningiem jednak jakoś poszło, ciało ma tzw. pamięć sportową, przez co ćwiczenia nie sprawiały mi większych problemów. Nie mogę tego powiedzieć jednak o diecie. Z tą zmagam się do dziś. Nie będę Was okłamywać.

Zaczęłam od diety pudełkowej, jednak szybko zrezygnowałam. Uwielbiam dobrze doprawione potrawy, czego bardzo często brakuje owym dietom. Następna była dieta również 5-posiłkowa, jednak różniła się od tzw. ‚pudełek’. Rano jadłam tłuszcze, później białko i tłuszcze, tłuszcze i węgle, natomiast wieczorem same węgle. Udało mi się coś zrzucić, ale wciąż czułam, że to nie to. Przy moim trybie życie bardzo ciążyło mi jedzenie co trzy godziny. Ciągłe zatrzymywanie się w trasie po restauracjach, dobieranie odpowiednich posiłków. Musiałabym mieć gotową dietę pudełkową, a takiej już za cholerę nie chciałam.

Po roku prób trafiłam na dietę 6-godzinną. Opowiedział mi o niej wujek, instruktor wspinaczki, sportowiec. Jest ona idealna dla ludzi, którzy są zabiegani i nie lubią sobie odmawiać zbyt dużo. Czyli coś dla mnie. Na czym polega? Na jedzeniu przez 6 godzin w ciągu dnia tego, na co ma się tylko ochotę. Należy się odpowiednio nawadniać, wiadomo jednak, żeby omijać kolorowe napoje, co akurat dla mnie problemem nie było. Jestem totalnie oddana herbatom i wodzie z cytryną. Co do jedzenia, fakt, na początku pozwalałam sobie dosłownie na wszystko. Jednak z czasem zaczęłam zwracać uwagę na to co i o jakiej porze jem.

Dlaczego tylko 6h? Powód jest prosty. Nasz organizm przez resztę dnia i nocy pobiera energię z tego, co już zjedliśmy i przy okazji pozbywa się toksyn. Żołądek natomiast spokojnie wszystko trawi. Możemy wspomagać trawienie pijąc przeróżne ziołowe herbaty. Na diecie tej przemiana materii zdecydowanie się polepsza, a tkanka tłuszczowa pali się szybciej niż na normalnych dietach. Spokojnie, uczucie głodu jest odczuwalne tylko przez kilka dni. Później organizm się przyzwyczaja i… po krzyku! 🙂

Podsumowując moje dwa wpisy odnośnie diety i treningu. Rano na czczo wypijam herbatę z olejem kokosowym, która dodaje mi energii i zaspokaja głód. Można pić również kawę, jednak jak wiadomo ja jestem zwolennikiem herbat. Następnie śmigam na trening. Jeśli nie macie zbyt dużo czasu – wstańcie 15 minut wcześniej i zróbcie krótki trening. Chodzi o to, by nakręcić ciało do działania. Ze śniadania wykluczyłam również pieczywo, jem je sporadycznie, gdy najdzie mnie większa ochota. Później przygotowuję smoothie lub zdrową przekąskę, a na kolację pełen porządny wartościowy posiłek. Moje 6 godzin to 12-18. A Ty? Jakie byś wybrał? Podejmiesz wyzwanie?

Wasza M. 🙂

Basen przegryzłam hamburgerem.

By admin on 7 marca, 2020 in Styl Życia

Piękne sylwetki, wyrzeźbione ciała, perfekcyjna obsługa photoshopa. Wszystko to ryje Wam beret każdego dnia, gdy otwieracie Instagrama, Facebooka czy kolejną gazetkę młodzieżową. Popadacie w kompleksy tylko dlatego, że nie posiadacie odpowiedniego programu do obróbki zdjęć lub ktoś Wam nie pokazał jak zaczynał. Każdy śpiewa o motywacji, o uśmiechu, nikt nawet nie wspomni o kolejnym dniu męczarni na diecie, o dniach, w których miałby ochotę wydłubać oczy pierwszej napotkanej osobie, o kontuzjach. Cisza. Opowiedzieć Wam jak to wyglądało (i zapewne nie tylko) u mnie? Jak baba babie, czy jak baba chłopowi? Usiądźcie wygodnie…

Dzień pierwszy. Przekładany oczywiście od jakiegoś czasu. Mało kto chyba wziął się za siebie dokładnie tego dnia, o którym mówił od miesiąca. To nawet nie jest następny poniedziałek. To taki pierwszy czterdziesty szósty dzień. Od samego rana latam w skowronkach, w myślach mam wagę, która idzie w dół i siebie w bikini na plaży – oczywiście w wydaniu mega HOT. A jak! 😉 na czczo biegnę na basen. Na początek 20 basenów. Czuję się jak debil przy moim facecie, który przepływa 100 czy 200 basenów bez zająknięcia. No ale przecież od czegoś trzeba zacząć. Z każdym dniem będzie tylko lepiej. Pływanie to sport raczej niekontuzyjny. Jedynie można się utopić przy zderzeniu z drugą osobą na torze. Przesadziłam, z drugą nie. Ale jak jest ich już więcej to uwierzcie jest takie prawdopodobieństwo! Przekonałam się o tym na własnej skórze. Haha. I właśnie to mnie zraziło. Basen, na który chodziłam był po prostu wypełniony po brzegi. Zamiast od rana relaksować się i dążyć do wymarzonej sylwetki, wychodziłam z wody wk**wiona. Miałam ochotę wszystkich podtopić. Jestem pewna, że kilka osób nawet „zabiłam” wzrokiem. Tak zakończyła się moja przygoda z basenem. Tak właściwie zakończyła się na chwilę moja przygoda z odchudzaniem. Jak to ja. Zbuntowałam się i zrobiłam na złość. Nie wiem tylko komu bardziej. Basenowi? Ludziom na basenie? Czy sobie?

Jestem babą, więc złość, smutek i ogólne złe samopoczucie zagryzłam przepysznym hamburgerem z podwójną ilością sera, bekonem, sosem BBQ i wszystkimi dodatkami jakie można by sobie tylko wymarzyć. Trudno jestem jaka jestem. Wyglądam, jak wyglądam. Mój facet mnie kocha. Więc pytam: po co? Po co to wszystko? Jestem zabawna, uczynna, jak mi się chce to nawet sympatyczna. Ludzie powinni mnie kochać (lub jak kto woli – nienawidzieć) za to jaka jestem, a nie za to jak wyglądam. Kilka dni wystarczyło mi na to, by zrozumieć, że nie chodzi o ludzi, nie chodzi o faceta, chodzi o MNIE. To ja chcę wrócić do dawnej wysportowanej sylwetki, to ja chcę mieć hobby związane ze sportem – jak kiedyś. Ale! Nigdy w życiu basenu! A przynajmniej takiego zaludnionego. Musiałam znaleźć jakiś punkt wyjścia. Ćwiczenia w domu odpadają. Przynajmniej na początku. Nie wierzę ani jednej osobie, która chce się pozbyć kilogramów, i twierdzi że na początku, UWAGA – potrenuje w domu. Bzdura! Jeśli nie chce Ci się ruszyć dupy do ćwiczeń poza domem, w życiu nie ruszysz jej w domu. Zawsze coś odwiedzie Twoją uwagę. A wychodząc z domu masz CEL. Po drodze na siłownię nie wjedziesz przecież nagle na pocztę wysłać pocztówki.

Bieganie! Zawsze to lubiłam. Siostra biegała na zawodach na krótkie dystanse, ja na długie. Nigdy jednak nie poszłam w tę stronę, bo wydawało mi się to zbyt nudne. Taniec zdecydowanie bardziej mnie kręcił. Ale szanuję osoby, które pasjonują się bieganiem! Żeby nie było. Bieganie jednak wydawało się być dobrym rozwiązaniem do rozpoczęcia na nowo swojej kariery #fitgirl. Zaczęłam od biegania po twardym gruncie. Po kilku dniach dostałam tak mocnych bólów głowy, że szybko sobie odpuściłam. Kręgosłup totalnie mi siadał. Przerzuciłam się na bieżnię. Zauważyłam, że idę w dobrą stronę. Były pierwsze efekty, waga ruszyła… w dół rzecz jasna! Startowałam od 20 minut biegu. Powtarzam BIEGU! Nie marszu. Pomaszerować to ja sobie mogę po domu. Stopniowo zwiększyłam wysiłek do 40 minut. Ostatnie 10 minut szybkiego marszu na przemian z szybkim biegiem. Schodziłam z bieżni cała mokra i zadowolona.

Czasami jednak nie schodziłam w ogóle z bieżni. Dlatego, że nawet się na niej nie pojawiałam. Bo mi się nie chce, bo jeszcze minutka snu, bo należy mi się dzień wolnego, bo dziś nie mam humoru, bo chcę jednak być gruba, bo może wcale aż taka gruba nie jestem, bo mam w dupie lato, bo mam w dupie bikini, bo jestem jaka jestem. Bycie babą męczyło czasami nawet mnie! Uwierzcie! Muszę się Wam pochwalić, że nawet kilkukrotnie udało mi się nie wypuścić na siłownie mojego faceta, ha! A to jest dopiero wyczyn. Dla niego dzień musi rozpoczynać się na sportowo. Ale wiecie, użyłam swojego kobiecego uroku, maślane oczy, smyranie i te sprawy. I ufff, znowu się udało – nie trzeba iść na siłownię!

Po jednym z takich „nietreningowych” dni, budzę się, ubieram, dumnie jadę przez miasto, by pobiegać trochę na bieżni. Zamknięte. Święto. K**wa. Przecież JA dziś, właśnie dziś CHCĘ! Wracam do domu. Oczywiście wściekła. Gdzieś muszę wyładować tę siłę nieczystą, bo przecież znowu oberwie się niewinnej osobie, czyt. facetowi. Postanowione – robię trening w domu. Szybko na telefonie podglądam ćwiczenia Lewandowskiej. Fajna babka, taka zawsze uśmiechnięta, z twarzy bije dobra energia. Przypomina mi mnie zanim się zepsułam. Prowadziłam zawsze zajęcia w tak pozytywny sposób, że uwielbiały mnie i kilkuletnie dzieciaki, i starsze ode mnie osoby. Każdego traktowałam jak kumpla. Wracając do tematu. Odsuwam stół, wykonuję kilka ćwiczeń na nogi i brzuch, powtarzam, i tak w kółko. Facet wchodzi do pokoju, śmieje się, że pocałowałam klamkę na siłowni. Dobrze, że już wyładowałam złą energię podczas ćwiczeń, bo za to śmianie się ze mnie pewnie i jemu by się oberwało. Z czasem ćwiczenie w domu stało się przyjemnością. Często, gdy nie mamy czasu jechać na siłownię, bo wydzwaniają za nami z pracy, wstajemy, robimy wspólnie 30 minut treningu w domu i wio! Do roboty!

Poprzez przejście wszystkich przeciwności losu, wreszcie nauczyłam się sumienności, rzetelności. Wtedy pojawiła się ONA. Wyglądała niewinnie, przyszła znikąd. Szanowna Pani Kontuzja. Przywitałam ją miłym : spi***alaj i niewiele myśląc wybrałam się na bieżnię. Po zejściu z bieżni ostatnie kroki wykonałam w stronę samochodu. Naderwane mięśnie uda. Przymusowe wolne. Ile bym dała wtedy, by móc trochę pobiegać, albo chociaż zrobić kilka przysiadów. Typowa baba. Mogła to nie chciała. Chce to nie może. Zdrowie jest jednak najważniejsze, zwłaszcza regeneracja. Postawiłam na odpoczynek. Po kilku dniach wróciłam. Delikatnie się rozgrzewałam, stopniowo zwiększałam obciążenia. Czego nauczyła mnie kontuzja? Że przetrenowanie nie niesie ze sobą żadnych pozytywnych skutków.

Dziś nie wyobrażam sobie dnia bez treningu. Ostatnie 2 miesiące trenuję w zgodzie z całą sobą i schudłam „zdrowe” 5kg. Ważyłam 64-65kg przy wzroście 166cm. Aktualnie waga pokazuje 59kg. Do wymarzonej wagi brakuje mi 2-3kg. Ale droga do tego stanu nie była łatwa. Zanim pojawił się uśmiech, zadowolenie i motywacja, uwierzcie, minęło sporo czasu. Na początku nie widzisz żadnych efektów, a przecież Twoja głowa liczy na nie już po pierwszych dwóch dniach trenowania. Jesteś więc zawiedziony i się poddajesz. Jesteśmy tylko ludźmi, nikt z nas nie urodził się z kaloryferem na brzuchu, czy kondycją olimpijczyka. Nie jestem trenerem personalnym. Ciężko zresztą w dzisiejszych czasach stwierdzić kto nim jest. Ostatnio boję się nawet, że gdy otworzę lodówkę rano, to pomidor zmieni nazwę na @tomato_personalny. Nie będę Wam układać diet, ani treningów – zostawię to prawdziwym specjalistom. Ja wykonuję te ćwiczenia, które mi służą. Jeśli poświęcisz chwilkę swojemu organizmowi, sam znajdziesz idealne wyjście dla siebie. Napiszę na zachętę tylko tyle… Za przeproszeniem, jeśli potrafisz nauczyć psa, że nie sra się w domu, nauczysz też siebie, że jest czas na trening. Gorzej jak nie potrafisz wychować nawet psiaka… 😉

Wasza M. 😉

WZIĘŁAM JE NA PLAŻĘ…

By admin on 7 marca, 2020 in Styl Życia

Mój odwieczny problem. Czapki i okulary. Znacie to? Wydaje mi się, że zawsze wyglądam źle. Zawsze coś jest nie tak. Tu odstaje, tam ściska. Te zbyt okrągłe, a tamte trochę zbyt kanciaste. Wszystkie łączy jedno – spadają z mojego malutkiego nosa. Co do czapek – ta ma za duży bąbel, a ta za mały. Ta jest zbyt ekstrawagancka, a inna zbyt prosta. I tak rok w rok. Bez wyjątku! Przysięgam!

Bez wyjątku. Aż do teraz. Jakiś czas temu, spacerując po Krakowskim rynku i okolicznych uliczkach, razem ze szwagierką trafiłyśmy na sklep z okularami przeciwsłonecznymi. Jako, że była jeszcze sroga zima, a człowiek o słońcu mógł tylko pomarzyć, totalnie nie nastawiałyśmy się na zakup. Ale! Zaryzykowałyśmy i weszłyśmy do środka. W końcu kto biednemu zabroni przymierzać markowe okulary! Ha! Na wejściu okazało się jednak, że ceny są przystępne, a przemiłe Panie zapewniały, że na pewno znajdziemy coś dla siebie, ponieważ mają ogromny wybór. No dobra, raz kozie śmierć! Zostałam miło zaskoczona ilością i jakością okularów. Szczerze mówiąc bałam się, że to kolejny butik z „oridżinalnymi” okularami w mega promocyjnej cenie. Dobrze wiecie o czym mówię. Uff, na szczęście się myliłam! Trafiłam w dobre miejsce.

Miłe Panie zadały kilka pytań odnośnie naszych ulubionych typów okularów i przeszłyśmy do przymiarek. Nie było łatwo, oj nie było! Przymierzyłam chyba ze sto par. Nie. Nie chyba. Na pewno! Na końcu wytypowałam 5 najlepszych i przeszłam do wyboru. O dziwo! Udało się! Znalazłam okulary idealnie dopasowane do mojego małego noska, specyficznego ustawienia oczu i brwi, i kształtu twarzy. Tyle lat wydawałam po 20zł na ulicznych straganach tylko po to, by po dwóch dniach okulary lądowały w koszu. Aż wreszcie spełniłam swoje marzenie o klasycznych, uniwersalnych okularach! Szczerze mówiąc nie patrzyłam nawet na cenę! Byłam zdecydowana jak nigdy dotąd. Zostałam właścicielką pięknych Dolce&Gabbana!(link do nich znajdziecie KLIKAJĄC TU) Mało tego. Gdy w przyszłości zdecyduję się na okulary korekcyjne, bo znudzą mnie soczewki, zapewne ponownie wybiorę się do salonu optycznego Aurum.

Jest tylko jeden mały problem… nadal nie mam czapki! Haha!