Kontrowersyjnie, Moim zdaniem, Życie nocne

Zafundowałam sobie orgazm!

Czerwiec 7, 2018

Podobno przeciętny mężczyzna myśli o seksie co 7 sekund. Wszystko wskazuje na to, że ja… myślę o tym częściej. I stawiam flaszkę, że nie tylko ja! Dlaczego więc seks nadal w niektórych zakątkach naszego kraju jest tematem tabu? Dlaczego, gdy wypowiadamy lub słyszymy to słowo, dostajemy wypieków na twarzy? Dlaczego wstydzimy się czynności, która wywołuje jedno z piękniejszych odczuć jakim jest orgazm?

 

Zacznijmy więc od początku. Nie. Nie od Adama i Ewy, którzy zostali podobno ulepieni przez siłę wyższą. Większej bzdury w życiu nie słyszałam. Nawet mój młodszy brat w to nie wierzy. Uważnie słucha czytanych mu książek na temat powstania wszechświata i stworzeń, w tym przemiany małpy w człowieka – i dzielnie przekazuje tę wiedzę dalej. Jestem tak cholernie dumna! Wracając do tematu. Rodzisz się. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że Twoi rodzice się kochają, kochali albo po prostu wpadli. Zdziwiony? Że nie znaleźli Cię w kapuście?A już na pewno nie przyniósł Cię bocian. Seks. Jest nam bliski od narodzin aż do momentu, gdy organizm zaczyna odmawiać nam posłuszeństwa. 😉

 

Utarło się, oj jak bardzo się utarło, że seks musi być z miłości. Kolejna bzdura wymyślona przez tą samą instytucję, co rzekome powstanie człowieka. Gówno prawda. Czas sobie uzmysłowić, że jesteśmy stworzeniami, których prawdziwym, zdrowym odruchem jest nic innego jak pożądanie. Pożądanie drugiego człowieka. Problem zaczyna się, gdy pożądania nie czujemy w ogóle. Czy wiecie, że takie zaburzenia się leczy? Dlaczego więc moim wyznacznikiem pożądania w życiu ma być jedna osoba? Skoro dziś mam ochotę na batona a jutro na hamburgera, to dlaczego dziś nie mogę przelecieć Staszka a jutro Zbyszka? Dlaczego nawet indyk może być jednego dnia pieczony a drugiego dnia podany w sosie curry? A ja w swoim całym szalonym i ciekawym życiu mam przykazane pójść do łóżka z jedną osobą… i to jeszcze z miłości.

 

Z miłości to ja mogę się kochać teraz, gdy wykorzystałam swoje życie singielki w 100%, spróbowałam tego, co zakazane i tego, co dozwolone. Przeszłam życie swoimi ścieżkami, niejednokrotnie trafiając na miny. I nigdy, będąc singielką, nie chodziłam w swetrach po szyję i nie myślałam o tym, kiedy w końcu trafi mi się rycerz na białym koniu, któremu będę mogła oddać moje nie-dziewictwo. Bo je straciłam w wieku 18 lat i 5 miesięcy z ówczesnym chłopakiem. Czy czuję coś do faceta, z którym wtedy byłam? Nie. Myślę, że zdecydowanie większym uczuciem pałam do powiększonego zestawu w McDonaldzie, który zjadłam miesiąc temu. Serce w każdym razie na pewno by mi się nawet na sekundę nie zatrzymało z ekscytacji, że mijam go na swojej drodze. Dlaczego więc mam żyć w celibacie? Nawet księża w nim nie żyją.

 

Z miłości mogę kochać się teraz, gdy przeżyłam te wszystkie wzloty i upadki, a na ich cześć dostałam wisienkę na torcie – w postaci mojego faceta. Który otrzymał ode mnie prawdziwą miłość. Miłość, którą daję mu nie jako 18 latka, ale jako dojrzała kobieta. I miłość jaką daje mi on, jako w pełni świadomy swoich czynów i uczuć facet.

 

Dajmy się więc ponieść emocjom i pożądaniu. Nie tylko dziś, podczas Międzynarodowego Dnia Seksu. Róbmy to na tyle często, by nie bolała nas głowa. Na tyle często, by było to częściej od innych. Na tyle często, by nie przeszkadzało Ci, że ktoś kryje się z tym mniej niż Ty. Na tyle często, by zamiast płakać – odczuwać szczęście. Na tyle często, byśmy mogli wzajemnie spełniać swoje fantazje. Na tyle często, by zaspokoić wszystkich, którzy chcą to robić z miłości. I na tyle często, by zaspokoić tych, którzy lubią tylko przygody.

 

Tym miłym, seksownym akcentem pieprzcie się wszyscy…

… nie zapominając o zabezpieczeniu. 😉

 

Wasza M. 🙂

 

#photographer Karolina Wielgórska Photography ❤️

Kontrowersyjnie

Jestem najmądrzejsza!

Maj 5, 2018

Było o treningu. Będzie o diecie i nie diecie. Nie wiem jak u Was, ale ja na słowo ‚dieta’ automatycznie jestem głodna. Nagle mam ochotę na rzeczy, na które normalnie nawet nie zwróciłabym uwagi. Ale postanowiłam spróbować. A było to tak…

 

Zanim trzy lata temu przytyłam od niezdrowego trybu życia – jedzenia po nocach, imprezowania – pojęcie diety było mi obce. Trenowałam taniec kilka godzin dziennie, mogłam jeść co mi się podoba, a waga i tak nie szła w górę. Super sprawa, mówię Wam. Jednak czym człowiek starszy, tym gorsza przemiana materii. Gówno prawda. Wszystko zależy od nas samych. Podobno, jak to mówią starość, nie radość. W moim przypadku: głupota, nie radość. Zachłysnęłam się imprezowym życiem, priorytety, które rodzice we mnie całe życie wpajali poszły na bok. Bo przecież ja jestem najmądrzejsza, nie? 😉 taniec odłożyłam ‚na później’, firmę zresztą też, a życie towarzyskie postawiłam na pierwszym miejscu. Nie pytajcie czy było warto. Jedno jest pewne – nigdy więcej tego błędu nie popełnię.

 

Jakiś czas temu, gdy w końcu zauważyłam, że jestem najnormalniej w świecie gruba, i nikt ‚miły’ nie wmawiał mi, że ‚doooobrze wyglądam’, postanowiłam wrócić do sportu. Sportu, który był obecny w moim życiu od momentu kiedy postawiłam swoje pierwsze kroki. Sportu, który dawał mi satysfakcję, gdy wygrywałam zawody narciarskie, taneczne, czy różne inne. Sportu, w który zatapiałam się w gorsze dni. Uwierzcie mi, lepiej było zmienić sport na kieliszek niżeli kieliszek na sport. Lepiej zacząć jeść fastfoody niż ich sobie odmawiać. Z treningiem jednak jakoś poszło, ciało ma tzw. pamięć sportową, przez co ćwiczenia nie sprawiały mi większych problemów. Nie mogę tego powiedzieć jednak o diecie. Z tą zmagam się do dziś. Nie będę Was okłamywać.

 

Zaczęłam od diety pudełkowej, jednak szybko zrezygnowałam. Uwielbiam dobrze doprawione potrawy, czego bardzo często brakuje owym dietom. Następna była dieta również 5-posiłkowa, jednak różniła się od tzw. ‚pudełek’. Rano jadłam tłuszcze, później białko i tłuszcze, tłuszcze i węgle, natomiast wieczorem same węgle. Udało mi się coś zrzucić, ale wciąż czułam, że to nie to. Przy moim trybie życie bardzo ciążyło mi jedzenie co trzy godziny. Ciągłe zatrzymywanie się w trasie po restauracjach, dobieranie odpowiednich posiłków. Musiałabym mieć gotową dietę pudełkową, a takiej już za cholerę nie chciałam.

 

Po roku prób trafiłam na dietę 6-godzinną. Opowiedział mi o niej wujek, instruktor wspinaczki, sportowiec. Jest ona idealna dla ludzi, którzy są zabiegani i nie lubią sobie odmawiać zbyt dużo. Czyli coś dla mnie. Na czym polega? Na jedzeniu przez 6 godzin w ciągu dnia tego, na co ma się tylko ochotę. Należy się odpowiednio nawadniać, wiadomo jednak, żeby omijać kolorowe napoje, co akurat dla mnie problemem nie było. Jestem totalnie oddana herbatom i wodzie z cytryną. Co do jedzenia, fakt, na początku pozwalałam sobie dosłownie na wszystko. Jednak z czasem zaczęłam zwracać uwagę na to co i o jakiej porze jem.

 

Dlaczego tylko 6h? Powód jest prosty. Nasz organizm przez resztę dnia i nocy pobiera energię z tego, co już zjedliśmy i przy okazji pozbywa się toksyn. Żołądek natomiast spokojnie wszystko trawi. Możemy wspomagać trawienie pijąc przeróżne ziołowe herbaty. Na diecie tej przemiana materii zdecydowanie się polepsza, a tkanka tłuszczowa pali się szybciej niż na normalnych dietach. Spokojnie, uczucie głodu jest odczuwalne tylko przez kilka dni. Później organizm się przyzwyczaja i… po krzyku! 🙂

 

Podsumowując moje dwa wpisy odnośnie diety i treningu. Rano na czczo wypijam herbatę z olejem kokosowym, która dodaje mi energii i zaspokaja głód. Można pić również kawę, jednak jak wiadomo ja jestem zwolennikiem herbat. Następnie śmigam na trening. Jeśli nie macie zbyt dużo czasu – wstańcie 15 minut wcześniej i zróbcie krótki trening. Chodzi o to, by nakręcić ciało do działania. Ze śniadania wykluczyłam również pieczywo, jem je sporadycznie, gdy najdzie mnie większa ochota. Później przygotowuję smoothie lub zdrową przekąskę, a na kolację pełen porządny wartościowy posiłek. Moje 6 godzin to 12-18. A Ty? Jakie byś wybrał? Podejmiesz wyzwanie?

 

Wasza M. 🙂

Kontrowersyjnie, Uroda

Basen przegryzłam hamburgerem.

Kwiecień 2, 2018

Piękne sylwetki, wyrzeźbione ciała, perfekcyjna obsługa photoshopa. Wszystko to ryje Wam beret każdego dnia, gdy otwieracie Instagrama, Facebooka czy kolejną gazetkę młodzieżową. Popadacie w kompleksy tylko dlatego, że nie posiadacie odpowiedniego programu do obróbki zdjęć lub ktoś Wam nie pokazał jak zaczynał. Każdy śpiewa o motywacji, o uśmiechu, nikt nawet nie wspomni o kolejnym dniu męczarni na diecie, o dniach, w których miałby ochotę wydłubać oczy pierwszej napotkanej osobie, o kontuzjach. Cisza. Opowiedzieć Wam jak to wyglądało (i zapewne nie tylko) u mnie? Jak baba babie, czy jak baba chłopowi? Usiądźcie wygodnie…

 

Dzień pierwszy. Przekładany oczywiście od jakiegoś czasu. Mało kto chyba wziął się za siebie dokładnie tego dnia, o którym mówił od miesiąca. To nawet nie jest następny poniedziałek. To taki pierwszy czterdziesty szósty dzień. Od samego rana latam w skowronkach, w myślach mam wagę, która idzie w dół i siebie w bikini na plaży – oczywiście w wydaniu mega HOT. A jak! 😉 na czczo biegnę na basen. Na początek 20 basenów. Czuję się jak debil przy moim facecie, który przepływa 100 czy 200 basenów bez zająknięcia. No ale przecież od czegoś trzeba zacząć. Z każdym dniem będzie tylko lepiej. Pływanie to sport raczej niekontuzyjny. Jedynie można się utopić przy zderzeniu z drugą osobą na torze. Przesadziłam, z drugą nie. Ale jak jest ich już więcej to uwierzcie jest takie prawdopodobieństwo! Przekonałam się o tym na własnej skórze. Haha. I właśnie to mnie zraziło. Basen, na który chodziłam był po prostu wypełniony po brzegi. Zamiast od rana relaksować się i dążyć do wymarzonej sylwetki, wychodziłam z wody wk**wiona. Miałam ochotę wszystkich podtopić. Jestem pewna, że kilka osób nawet „zabiłam” wzrokiem. Tak zakończyła się moja przygoda z basenem. Tak właściwie zakończyła się na chwilę moja przygoda z odchudzaniem. Jak to ja. Zbuntowałam się i zrobiłam na złość. Nie wiem tylko komu bardziej. Basenowi? Ludziom na basenie? Czy sobie?

 

Jestem babą, więc złość, smutek i ogólne złe samopoczucie zagryzłam przepysznym hamburgerem z podwójną ilością sera, bekonem, sosem BBQ i wszystkimi dodatkami jakie można by sobie tylko wymarzyć. Trudno jestem jaka jestem. Wyglądam, jak wyglądam. Mój facet mnie kocha. Więc pytam: po co? Po co to wszystko? Jestem zabawna, uczynna, jak mi się chce to nawet sympatyczna. Ludzie powinni mnie kochać (lub jak kto woli – nienawidzieć) za to jaka jestem, a nie za to jak wyglądam. Kilka dni wystarczyło mi na to, by zrozumieć, że nie chodzi o ludzi, nie chodzi o faceta, chodzi o MNIE. To ja chcę wrócić do dawnej wysportowanej sylwetki, to ja chcę mieć hobby związane ze sportem – jak kiedyś. Ale! Nigdy w życiu basenu! A przynajmniej takiego zaludnionego. Musiałam znaleźć jakiś punkt wyjścia. Ćwiczenia w domu odpadają. Przynajmniej na początku. Nie wierzę ani jednej osobie, która chce się pozbyć kilogramów, i twierdzi że na początku, UWAGA – potrenuje w domu. Bzdura! Jeśli nie chce Ci się ruszyć dupy do ćwiczeń poza domem, w życiu nie ruszysz jej w domu. Zawsze coś odwiedzie Twoją uwagę. A wychodząc z domu masz CEL. Po drodze na siłownię nie wjedziesz przecież nagle na pocztę wysłać pocztówki.

 

Bieganie! Zawsze to lubiłam. Siostra biegała na zawodach na krótkie dystanse, ja na długie. Nigdy jednak nie poszłam w tę stronę, bo wydawało mi się to zbyt nudne. Taniec zdecydowanie bardziej mnie kręcił. Ale szanuję osoby, które pasjonują się bieganiem! Żeby nie było. Bieganie jednak wydawało się być dobrym rozwiązaniem do rozpoczęcia na nowo swojej kariery #fitgirl. Zaczęłam od biegania po twardym gruncie. Po kilku dniach dostałam tak mocnych bólów głowy, że szybko sobie odpuściłam. Kręgosłup totalnie mi siadał. Przerzuciłam się na bieżnię. Zauważyłam, że idę w dobrą stronę. Były pierwsze efekty, waga ruszyła… w dół rzecz jasna! Startowałam od 20 minut biegu. Powtarzam BIEGU! Nie marszu. Pomaszerować to ja sobie mogę po domu. Stopniowo zwiększyłam wysiłek do 40 minut. Ostatnie 10 minut szybkiego marszu na przemian z szybkim biegiem. Schodziłam z bieżni cała mokra i zadowolona.

 

Czasami jednak nie schodziłam w ogóle z bieżni. Dlatego, że nawet się na niej nie pojawiałam. Bo mi się nie chce, bo jeszcze minutka snu, bo należy mi się dzień wolnego, bo dziś nie mam humoru, bo chcę jednak być gruba, bo może wcale aż taka gruba nie jestem, bo mam w dupie lato, bo mam w dupie bikini, bo jestem jaka jestem. Bycie babą męczyło czasami nawet mnie! Uwierzcie! Muszę się Wam pochwalić, że nawet kilkukrotnie udało mi się nie wypuścić na siłownie mojego faceta, ha! A to jest dopiero wyczyn. Dla niego dzień musi rozpoczynać się na sportowo. Ale wiecie, użyłam swojego kobiecego uroku, maślane oczy, smyranie i te sprawy. I ufff, znowu się udało – nie trzeba iść na siłownię!

 

Po jednym z takich „nietreningowych” dni, budzę się, ubieram, dumnie jadę przez miasto, by pobiegać trochę na bieżni. Zamknięte. Święto. K**wa. Przecież JA dziś, właśnie dziś CHCĘ! Wracam do domu. Oczywiście wściekła. Gdzieś muszę wyładować tę siłę nieczystą, bo przecież znowu oberwie się niewinnej osobie, czyt. facetowi. Postanowione – robię trening w domu. Szybko na telefonie podglądam ćwiczenia Lewandowskiej. Fajna babka, taka zawsze uśmiechnięta, z twarzy bije dobra energia. Przypomina mi mnie zanim się zepsułam. Prowadziłam zawsze zajęcia w tak pozytywny sposób, że uwielbiały mnie i kilkuletnie dzieciaki, i starsze ode mnie osoby. Każdego traktowałam jak kumpla. Wracając do tematu. Odsuwam stół, wykonuję kilka ćwiczeń na nogi i brzuch, powtarzam, i tak w kółko. Facet wchodzi do pokoju, śmieje się, że pocałowałam klamkę na siłowni. Dobrze, że już wyładowałam złą energię podczas ćwiczeń, bo za to śmianie się ze mnie pewnie i jemu by się oberwało. Z czasem ćwiczenie w domu stało się przyjemnością. Często, gdy nie mamy czasu jechać na siłownię, bo wydzwaniają za nami z pracy, wstajemy, robimy wspólnie 30 minut treningu w domu i wio! Do roboty!

 

Poprzez przejście wszystkich przeciwności losu, wreszcie nauczyłam się sumienności, rzetelności. Wtedy pojawiła się ONA. Wyglądała niewinnie, przyszła znikąd. Szanowna Pani Kontuzja. Przywitałam ją miłym : spi***alaj i niewiele myśląc wybrałam się na bieżnię. Po zejściu z bieżni ostatnie kroki wykonałam w stronę samochodu. Naderwane mięśnie uda. Przymusowe wolne. Ile bym dała wtedy, by móc trochę pobiegać, albo chociaż zrobić kilka przysiadów. Typowa baba. Mogła to nie chciała. Chce to nie może. Zdrowie jest jednak najważniejsze, zwłaszcza regeneracja. Postawiłam na odpoczynek. Po kilku dniach wróciłam. Delikatnie się rozgrzewałam, stopniowo zwiększałam obciążenia. Czego nauczyła mnie kontuzja? Że przetrenowanie nie niesie ze sobą żadnych pozytywnych skutków.

 

Dziś nie wyobrażam sobie dnia bez treningu. Ostatnie 2 miesiące trenuję w zgodzie z całą sobą i schudłam „zdrowe” 5kg. Ważyłam 64-65kg przy wzroście 166cm. Aktualnie waga pokazuje 59kg. Do wymarzonej wagi brakuje mi 2-3kg. Ale droga do tego stanu nie była łatwa. Zanim pojawił się uśmiech, zadowolenie i motywacja, uwierzcie, minęło sporo czasu. Na początku nie widzisz żadnych efektów, a przecież Twoja głowa liczy na nie już po pierwszych dwóch dniach trenowania. Jesteś więc zawiedziony i się poddajesz. Jesteśmy tylko ludźmi, nikt z nas nie urodził się z kaloryferem na brzuchu, czy kondycją olimpijczyka. Nie jestem trenerem personalnym. Ciężko zresztą w dzisiejszych czasach stwierdzić kto nim jest. Ostatnio boję się nawet, że gdy otworzę lodówkę rano, to pomidor zmieni nazwę na @tomato_personalny. Nie będę Wam układać diet, ani treningów – zostawię to prawdziwym specjalistom. Ja wykonuję te ćwiczenia, które mi służą. Jeśli poświęcisz chwilkę swojemu organizmowi, sam znajdziesz idealne wyjście dla siebie. Napiszę na zachętę tylko tyle… Za przeproszeniem, jeśli potrafisz nauczyć psa, że nie sra się w domu, nauczysz też siebie, że jest czas na trening. Gorzej jak nie potrafisz wychować nawet psiaka… 😉

 

Wasza M. 😉