Kontrowersyjnie, Moim zdaniem

Kim Ty w ogóle jesteś?

Styczeń 13, 2020

Czy kiedykolwiek zadałeś sobie to pytanie? A może to ktoś zadał je Tobie? Mnie spotkała taka sytuacja kilka dni temu. Wpadłam na, wydawałoby się, świetny pomysł z jeszcze lepszą inicjatywą. Chcąc uczcić powrót do swojego hobby i dobrze go spożytkować, wystawiłam na licytację, która ma wesprzeć WOŚP, wspólną lekcję tańca. Pomysł spotkał się z uznaniem wielu osób. Chociaż nie o uznanie w tym wszystkim mi chodziło, a o zwykłą, ludzką pomoc. Wśród stada białych, wspaniałych owieczek, musiało się jednak trafić jedno czarne, brzydkie i złe owczysko, które całą naszą sielankę chciało zaburzyć. Skoro zaburzyć się nie udało, to po co poruszam ten temat…

Wielu z was bardzo często wysyła do mnie wiadomości odnośnie braku inspiracji, braku motywacji, niskiej samooceny, małej pewności siebie. To wszystko najczęściej spowodowane jest właśnie tą jedną, brzydką, małą owcą. Spróbuj ją sobie wyobrazić. A ja spróbuję Ci wytłumaczyć, dlaczego nie powinieneś się nią przejmować.

Ma zeza. Krzywe zęby. Brwi wpierdolki. Dołóżmy jej jeszcze krzywe nogi. I garba. Wystarczy? Nie? Dorzućmy okropny, piskliwy głos, mówiący – ‚Kim Ty w ogóle jesteś?’i śmierdzący oddech. Gotowe. A teraz wyobraź sobie siebie. Żeby było Ci łatwiej, ja podsumuję swoją osobę, przy okazji odpowiadając na to pytanie. Do dzieła!

Nazywam się Magda, właściwie Magdalena. Pomimo tego, że nienawidzę zwrotu Magda, to lepiej sprzedaje się on w mojej nazwie na Instagramie. Krótko i zwięźle. Po prostu marketing. Jestem absolwentką liceum ogólnokształcącego o profilu humanistyczno-dziennikarskim. Jestem byłą cheerleaderką, tancerką hip-hop, wieloletnią instruktorką tańca. Szkoliłam się nie tylko u polskich tancerzy, takich jak Jujka, ale i u wielu zagranicznych – Derrell Bullock (tancerz Beyonce), Tony Czar, Ian Eastwood. Występowałam na dużej scenie z wieloma gwiazdami, między innymi z Justyną Steczkowską czy Ewą Farną. Swojego czasu jeździłam w trasy koncertowe z Czadomanem i występowałam w wielu klipach. Jestem też byłą uczestniczką najbardziej kontrowersyjnego polskiego programu Warsaw Shore, którego polska mentalność po dziś dzień przegryźć nie potrafi. Od ponad roku jestem licencjonowaną dietetyczką, trenerem personalnym, instruktorem trampolin, motywatorką. Napędzam swoje obserwatorki do zmian. Dopinguję, kibicuję. Jestem dowodem na to, że zmiany (i przemiany) są dobre. Zarówno te wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Od ponad trzech miesięcy jestem mamą wspaniałej Zuzi. Bycie mamą wcale nie zatrzymało mnie i moich planów. Nie spoczywam na laurach. Podnoszę swoje kwalifikacje zawodowe, wróciłam do swojej największej pasji, jaką jest taniec.

I w sumie to by było na tyle. Byłoby, gdyby nie to, że oprócz tych wszystkich cudów, jestem też człowiekiem. Takim jak Ty, czy Ty. Miewam lepsze i gorsze dni. Przeżyłam w życiu wiele dobrego i wiele złego. Wiele razy zawiodłam się na ludziach i pewnie wielu ludzi zawiodło się na mnie. Staram się wyciągać wnioski z popełnionych błędów, ale i tak nie zawsze mi to wychodzi. Jestem nieufna, bo nauczyło mnie tego życie. Ale jak już zaufam, to dostaniesz moje serce na dłoni. Lubię pomagać, nie chcąc pomocy w zamian. Jestem typem Zosi Samosi. Jestem empatyczna, ciepła, sympatyczna, ale jeśli nadepniesz mi na odcisk lub przekroczysz granice mojej prywatności potrafię być jak huragan – impulsywna i wybuchowa. Uwielbiam się śmiać, mam ogromny dystans do siebie i angielski humor. Ale lubię też płakać, gdy coś leży mi na sercu. Wierzę w to, że w łzach wypływa cała złość, żal i szeroko pojęte zło. Mam w sobie coś, co jest niepodrabialne i… nielubiane – szczerość. A za to ludzie mnie albo kochają, albo nienawidzą. Jestem inteligentna (tak mówili mi w szkole i podczas testów na inteligencję, więc coś w tym musi być!) i ambitna. Jestem mistrzynią ironii i sarkazmu, ale to mam chyba w genach. Potrafię zawalczyć o siebie, a jeszcze bardziej potrafię zawalczyć o bliskich. Dla nich jestem skłonna do największych poświęceń. I tu znów… jestem empatyczna i miła, o ile nie przekroczysz pewnych granic. Zmieniam się w huragan.

Kim ja w ogóle jestem? Jestem Magdalena Pyznar. A Ty?

Wasza M. 🙂

Moim zdaniem

Przeciętny facet robi to dłużej.

Lipiec 19, 2019

Skąd czerpać motywację? Jak zmotywować się do działania? Co zmotywowało cię do przejścia na dietę, do treningów, do zmian? – to chyba najczęściej zadawane przez was pytania. Szczerze mówiąc, chciałabym znać idealny przepis na motywację. Przy okazji, gdyby ktoś w gratisie dorzucił przepis na sukces, milion na koncie… czemu nie? Biorę w ciemno! Mało tego, gdybym już miała ten przepis w swoim posiadaniu, znając moje dobre, czy też naiwne serce (zwał, jak zwał), bardzo chętnie podzieliłabym się nim z wami. Być może teraz was zaskoczę, być może teraz tysiące coachów, od których namiętnie kupujecie e-booki motywacyjne, straci w waszych oczach, ale niestety nie ma jasnego, zrozumiałego, idealnego dla wszystkich sposobu na motywację.

W Internecie możecie znaleźć masę poradników, zarówno płatnych (uwierzcie, zarabiają na tym zajebistą kasę!), jak i bezpłatnych, w których przeróżne osoby rozpisują się w temacie swoich motywacyjnych odkryć. Jedne z moich ulubionych to: ‚Po prostu to zrób!’ i ‚Do dzieła, walcz!’. No muszę wam powiedzieć, że nic mnie w życiu tak nie zmotywowało jak te słowa. W jednym momencie wstałam, w drugim zrobiłam ‚to’, w trzecim kąpałam się w wannie pełnej gotówki… Nigdy nie wyjdę z podziwu, ile można ludziom mydlić oczy takimi tekstami. Najlepszą motywacją powinno być dla was wasze zdrowie, wasza przyszłość, wasze dzieci, rodziny, wszystko, co wasze. Reszta to tylko dodatek. Sama napisałam kiedyś na moim blogu artykuł o trzech trikach motywacyjnych. Do dziś je podtrzymuję: znajdź sobie sprzymierzeńca, rzucaj sobie wyzwania, notuj swoje osiągnięcia. Te trzy triki łączy jedno. TY.

Dobra, to jak to jest z tą motywacją. ‚Przecież świat jest taki zły, nie mam chęci, by wstać, a co dopiero zrobić trening, a ona lepiej zarabia, a ja pracuję 36 godzin w ciągu dnia, ten szpinak jest taki niedobry, papryka jeszcze gorsza, ostatni miesiąc się głodziłam, bo wyczytałam, że tak można, wczoraj okazało się, że jednak nie można, no i przecież znowu przytyłam 5 kilo i w ogóle wszystko jest do dupy.’ Ciężko mi na ten moment powiedzieć ile takich wiadomości dostaję każdego dnia. Gdybyście byli dziećmi dałabym wam po klapsie za marudzenie (o ja niedobra, klaps to zbrodnia!) i wysłała do kąta. Ale, że jesteście dorośli zazwyczaj informuję was ile właśnie straciliście czasu na napisanie tych bzdur. W tym czasie można by zrobić 50 pajacyków albo 30 przysiadów, 20 pompek lub 10 długości basenu. Długo by wymieniać. Zacznij więc od tego, że za każdym razem kiedy tak siedzisz, marudzisz, zazdrościsz komuś, że ma lepiej, scrollujesz Instagrama w poszukiwaniu motywacji, zrobisz 50 pajacyków. Pewne jest to, że za długo nie pomarudzisz, bo najzwyczajniej w świecie, przy wykonywaniu tylu skoków, ugryziesz się w język. I prawidłowo.

Za każdym razem, gdy masz ochotę na paczkę żelek, tłustego burgera niewiadomego pochodzenia, czy innego rodzaju używkę (tak, to też uzależnienie!), masz dwa sposoby jak to rozwiązać. Zajrzyj do Doktor Ania, która dość dosadnie i z ogromną wiedzą wybije ci z głowy jedzenie tych produktów ze względu na ich skład. I wyjście numer dwa – dużo bardziej drastyczne, ale zdecydowanie moje ulubione – wyobraź sobie jak twoja dupa ocieka tym tłuszczem i cukrem, który masz w planach zjeść. Widzisz to? Bo ja tak. Na samą myśl tego trzęsącego się tłuszczyku w nowo zakupionych legginsach robi się delikatny niesmak…

Mówią, że każda, nawet najmniejsza aktywność to już jakiś sukces. Trochę się z tym zgodzę, bo przecież zawsze lepsze coś niż nic. Ale! że jestem indywidualistką, to i trochę się nie zgodzę! Ostatnia fala napływających do mnie wiadomości pod tytułem ‚dziś ćwiczyłam 20 minut, wczoraj 15’ przyprawia mnie o dreszcze. Nie wiem do końca czy śmiać się, czy płakać. Rzucić telefonem, poddać się, zrezygnować z bycia dietetykiem, popełnić seppuku. Przecież przeciętny facet siedzi dłużej na kiblu niż niejedna z was poświęca czasu na trening. Ba, więcej czasu poświęcasz na rozmowę o pierdołach z przyjaciółką, na swój ulubiony serial, czy też na zmianę koloru paznokci. Zanim więc zaczniemy mówić o motywacji, może warto przegadać temat priorytetów. Nie znam jeszcze nikogo, kto od dłubania w nosie, podczas oglądania ‚Na wspólnej’ zrzucił chociaż kilogram. Za to mam wśród swoich podopiecznych kilka dziewczyn, które nie odpuszczają seriali, ale przy ich oglądaniu dzielnie walczą na rowerku stacjonarnym. I coś wam powiem… one chudną! Ta pełna godzina aktywności przy dobrej diecie działa cuda. Serio, serio.

Podsumowując. Motywację, inspirację możecie czerpać zewsząd. Od podglądania celebrytów w sieci, zerkania na seksowną sąsiadkę spod trójki, która wraca z porannego joggingu, po kuzyna, który kilka dni temu kupił najnowszy model Mercedesa. Jednak tej motywacji nikt nie przekaże wam magiczną różdżką. Do tego potrzebne jest nie obserwowanie, a działanie. Do tego potrzebne jest wyznaczenie priorytetów, planów. Najlepiej czarno na białym, mazakiem na ścianie (lub zwyczajnie – na kartce). Po cichu liczę na to, że chociaż połowa z was, po przeczytaniu tego posta, sięgnie po kartkę, długopis i zrobi rachunek sumienia… Jeśli nie masz czasu nawet na to, wątpię że kiedykolwiek poczujesz na własnej skórze co to właściwie jest ta tajemnicza i odległa MOTYWACJA.

Trzymam kciuki!

Wasza M. 🙂

Ciąża, Moim zdaniem

Cieszysz się i płaczesz.

Lipiec 6, 2019

Moje ostatnio dodane zdjęcie z USG i multum waszych wiadomości skłoniły mnie do pewnych refleksji. Zauważyłam, że nie mnie jedną wzruszył moment pierwszego badania, nie ja jedna stresuję się każdą kolejną wizytą u lekarza. A jeśli jest nas więcej, to warto byśmy dzieliły się swoimi uczuciami, lękami, zachowaniami. Być może pomożemy tym postem jakiejś przyszłej mamie?

Dowiadujesz się, że nosisz w sobie nowe życie. Twoja reakcja jest różna, cieszysz się, płaczesz, płaczesz i cieszysz się. Płaczesz, bo właśnie od tego momentu zmienia się twoje życie. Cieszysz się, bo tak bardzo o tym marzyłaś! Ale… płaczesz, bo nie jesteś pewna, czy byłaś gotowa, czy to odpowiedni czas (pocieszę Cię – stwierdzenie, że nigdy nie ma odpowiedniego czasu, jest w temacie ciąży jak najbardziej trafne). Cieszysz się, bo od teraz z partnerem będziecie tworzyć pełną rodzinę lub płaczesz, bo nie wiesz czy podołacie wyzwaniu. Być może wcale nie mieliście wspólnych planów na życie. Być może wasz związek nie ma przyszłości i masz tego pełną świadomość. Dlaczego poruszam również ten temat? Ponieważ pomimo tego, że mi czy większości z was się udało i trafiłyśmy na wspaniałych mężczyzn, są tu kobiety, które zdecydowały się na samotne wychowywanie dziecka. Zmusiło je do tego życie, chęć zapewnienia dziecku bezpieczeństwa lub po prostu ich partner ‚to nie był ten jedyny’. Dla dobra dziecka czasami lepiej podjąć taką decyzję, nie zapominając przy tym, że dziecko to nie karta przetargowa. A najczęściej niestety nią właśnie jest. Bądź więc kobietą, która ma swoją godność i nie mieszaj dziecka do spraw między tobą i partnerem. Podsumowując! Niezależnie od tego, na którym zakręcie swojego życia właśnie jesteśmy – prawdopodobnie w chwili odkrycia ciąży każda z nas boi się tak samo!

Przerażenie, zaskoczenie, podniecenie (zwał, jak zwał) każe Ci zrobić drugi test, dla bezpieczeństwa jeszcze trzeci, a może i nawet czwarty. Bo co, jeśli te wcześniejsze to jakiś mało udany żart? Kolejnym krokiem jest wizyta u ginekologa. Jesteś tak bardzo ciekawa maleństwa, które znajduje się w twoim brzuchu. Niestety, w zależności od tego, w którym tygodniu ciąży jesteś, możesz zobaczyć coś, ale możesz też nie zobaczyć zupełnie nic… lekarz odeśle cię na badanie krwi, według którego stwierdzi, czy i w jakim tempie rozwija się płód. Przychodzisz do domu zawiedziona, bo nie tak to sobie wyobrażałaś. Przecież wszyscy dookoła opowiadali swój pierwszy raz z USG i ten cudowny moment ujrzenia maleństwa.

Kilka tygodni później idziesz na pierwsze najważniejsze badanie prenatalne. Trzęsiesz się jak galareta, boisz się, że znowu nic nie zobaczysz. Nie tym razem! Po przyłożeniu aparatury do twojego ciała, przed oczami pojawia ci się zarys dziecka. Twojego dziecka. Nawet jeśli jesteś najtwardszym zawodnikiem, z oczu lecą ci łzy. Morze łez. Nie możesz nacieszyć się tym widokiem, masz ochotę dotknąć to maleństwo. Wsłuchujesz się w to, co mówi lekarz. Starasz się zrozumieć różne, dziwne, nieznane ci dotąd pojęcia. Z ust wydobywa się tylko jedno pytanie – czy wszystko jest ok? I nigdy wcześniej nie cieszyłaś się tak bardzo ze słowa ‚TAK’. Warto wspomnieć, że niektóre kobiety nie mają tyle szczęścia co ty. Losy ich dziecka toczą się dalej, całkiem inaczej niż twoje. Każda z tych kobiet zasługuje na wsparcie, pamiętaj o tym.

Teraz z czystym sumieniem informujesz rodzinę. Chwalisz się pierwszym zdjęciem z USG. Dzielisz swoje szczęście z najbliższymi. Gapisz się w to zdjęcie i myślisz… myślisz do kogo będzie podobne, czy będzie miało twoje oczy, czy będzie uparte jak ojciec, a może nadzwyczaj inteligentne (oczywiście, że po TOBIE :)). Włącza się w tobie stuprocentowa świadomość, że zostaniesz matką. Każdą decyzję podejmujesz z myślą o dziecku. Zaczynając od jedzenia, poprzez wysiłek fizyczny, kończąc na smarowaniu się odpowiednim kremem. Pojawia się wiele ciotek ‚dobra rada’, pojawia się wiele mitów, zabobonów. Nie daj się zwariować! (Piszę to z pełną świadomością). Ciąża nie jest chorobą. Pomimo lęku, który ogarnia cię przy podejmowaniu każdej najmniejszej decyzji, powtarzam raz jeszcze – nie daj się zwariować. Zaglądasz na rożnego rodzaju fora internetowe. Wróć! Tam nie znajdziesz nic dobrego. Według urzędujących tam Mam, twoje dziecko źle reaguje na paznokcie hybrydowe, a od kilku promieni słońca gotują się wody płodowe. Jeszcze raz. Zaglądasz na różnego rodzaju profile inspirujące, pełne wiedzy. Stawiasz na Mamę Ginekolog, Edytę Litwiniuk czy też Annę Lewandowską. Każdego dnia jesteś bardziej świadoma tego co można, a co lepiej zostawić na czas po ciąży. Każdego dnia uczysz się na nowo samej siebie. Wiesz po czym czujesz się dobrze, a co zupełnie nie służy tobie i dziecku. Idziesz za głosem serca. Każdego dnia zaglądasz w lustro, wyczekujesz zaokrąglonego brzuszka. Cieszysz się jak dziecko, gdy w końcu coś dostrzegasz! Robisz sobie zdjęcia, by mieć pamiątkę, chwalisz się okrągłościami pod obcisłymi ubraniami. Zalewasz się łzami, gdy poczujesz pierwsze ruchy, biegasz za partnerem by dotknął ‚o teraz!’. Najczęściej jednak dzidziuś ruchami chce podzielić się tylko z tobą. Nie spieszy mu się, by ktoś inny również poczuł jego obecność. Ciesz się, ciesz, za kilka tygodni ten mały szkrab coraz bardziej będzie ograniczał ci ruchy. Nie przejmuj się, ma to swój urok! 🙂

Zbliża się kolejne badanie, kolejna możliwość ujrzenia dzidziusia, a ty myślisz, że tylko ty jedna boisz się tak, jak za pierwszym razem? Wyprowadzę cię z błędu. Każda z nas stresuje się tak samo, każda z nas marzy o tym, by znowu usłyszeć, że wszystko jest w porządku. Ponownie ekscytujesz się tym, co zobaczysz na ekraniku monitora, a tym razem widzisz wszystko lepiej, dokładniej. Na tyle dokładnie, że jesteś prawie pewna, że oczy i nosek ma jednak twoje! 😉

I kto by pomyślał, że jeden test i jedno małe zdjęcie może wywołać tyle emocji, prawda?

Wasza M. 😉